Reklama

Reklama

Gorzkie dni

Od 18 lat Polska jest członkiem Unii Europejskiej, ale w tych rocznicowych dniach więcej jest powodów do smutku i goryczy, niż do radości. Wprawdzie przytłaczająca większość Polaków popiera naszą obecność we wspólnocie, jak i ją samą, ale od kilku lat na naszych oczach dokonuje się faktyczny polexit. Łamanie praworządności, ignorowanie europejskich trybunałów i zasad, antyeuropejska retoryka rządzących i ich sojusze z przyjaciółmi Putina to tylko niektóre jego (polexitu) przejawy. Gdyby nie napaść Rosji na Ukrainę, co także na polskich władzach wymusiło nagły proeuropejski kurs, wszystko zmierzałoby ku innej geopolitycznej katastrofie.

Unia Europejska dla kilku polskich pokoleń była marzeniem, epokowym wyzwaniem, koniecznością dziejową. Dla Jarosława Kaczyńskiego stała się jednak obiektem ataków, była przez jego obóz polityczny konsekwentnie obrzydzana i zwalczana. "Wyimaginowana wspólnota" (Andrzej Duda), "UE jest dla mnie szmatą" (Krystyna Pawłowicz), "budowanie na bazie UE IV Rzeszy" (Kaczyński), "tu jest Polska, a nie Unia" (Elżbieta Witek), "unijna agresja powinna się spotykać z twardą odpowiedzią" (Zbigniew Ziobro), "będziemy walczyć z okupantem brukselskim" (Marek Suski) - to tylko kilka przykładów na to, jak daleko władza posuwała się w swojej jednoznacznej narracji. Być może tylko po to, by stworzyć jakieś alibi dla antyeuropejskiego "Budapesztu w Warszawie".

Reklama

Przez pewien czas fundamentalny polski spór krążył wokół pytania o wagę europejskich wartości. Dziś jednak zarówno Unia, jak i władza - nie licząc Ziobry, który w ramach negocjowania z Kaczyńskim swojego miejsca w Zjednoczonej Prawicy konsekwentnie prowadzi antyeuropejską krucjatę - gotowe są na zgniły kompromis. Kosmetyczne zmiany w sądownictwie mają zadowolić Brukselę, która w cieniu wojny nie potrzebuje sporu z państwem frontowym. 

PiS z kolei liczy na to, że drobny fortel z zamianą Izby Dyscyplinarnej na mniej rażącą formę niekonstytucyjnych rozwiązań odblokuje pieniądze, które są potrzebne Polakom, ale przy okazji przydadzą się władzy w czasie kampanii wyborczej. Co ciekawe, nawet część opozycji łaskawszym okiem patrzy na ten rodzaj oportunizmu. Już nie chce stać po stronie praworządności za wszelką cenę, jak kilka lat temu, lecz gotowa jest do rozmaitych ustępstw.

Opozycja "kopie sobie grób"?

To zresztą paradoks, że krytykowany i niszczony przez PiS obóz III RP więcej energii wkłada ostatnio w legitymizowanie "dobrej zmiany", relatywizowanie łamania konstytucji i symetryzowanie, niż w pryncypialną obronę praworządności, walkę o demokratyczne wartości i stanie po stronie jakichś ideałów. 

Zwrócił na to uwagę w ostatniej "Polityce" Mariusz Janicki, który w tekście pt. "Nietotalni" napisał wprost, że słuchając podszeptów rozmaitych doradców, "część opozycji po cichu schodzi z postulatami w kwestii praworządności, rezygnuje z 'radykalizmu', chce uchodzić za 'konstruktywną', szuka kontaktów z władzą, którą wcześniej uznawała za drastycznie łamiącą zasady cywilizowanej demokracji". Publicysta dodaje, że w ten sposób, rezygnując z otwartej konfrontacji z rządzącymi, opozycja "kopie sobie polityczny grób".

Surfing zamiast idei

Janicki przy okazji zwraca uwagę na o wiele poważniejszy problem polskiej opozycji, a może także - szerzej - polskiej liberalnej inteligencji, dawnych proeuropejskich elit, tych, dla których rocznica przystąpienia Polski do Unii jest rocznicą ich własnych zapomnianych dziś marzeń i zaangażowania. Tym problemem jest bezideowość, która z pewnością nie spędza snu z powiek Kaczyńskiemu. O ile dawniej liberalizm, lewicowość, konserwatyzm coś znaczyły w dyskursie opozycyjnym, definiowały jakąś tożsamość, o tyle obecnie - pisze autor - "trwa poszukiwanie dowolnego pola, gdzie można nabić punkty, trwa surfowanie po falach bieżących wydarzeń w nadziei, że cokolwiek zadziała". Taka poppolityka nowej dekadencji.

Przed laty Unia Europejska majaczyła na horyzoncie, więc trzeba było ją zdobyć przy pomocy całej generacji. Teraz takiego wyrazistego i poważnego wyzwania - poza kryzysem wojennym i jego niedającymi się przewidzieć konsekwencjami światowymi - nie ma. A może po prostu nie znalazł się jeszcze śmiałek, który umiałby je nazwać.

Przemysław Szubartowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy