Reklama

Reklama

​Głupiejemy w oczach

Pytanie, które właśnie opanowuje Polskę (i świat) - czy w przypadku zbliżającej się kolejnej fali pandemii zaszczepieni powinni mieć więcej praw niż niezaszczepieni? - byłoby zbędne, gdyby nasza epoka nie cierpiała na uwiąd moralny i erozję fundamentalnych wartości. Po ataku tak zwanych antyszczepionkowców na punkt szczepień w Grodzisku Mazowieckim coraz lepiej widać, że dzieli nas krok od triumfu głupoty i dwa kroki od zwycięstwa antyetycznego barbarzyństwa. Przy bierności władzy, która z jednej strony zachęca do szczepień, a z drugiej nie chce drażnić ich przeciwników.

Dawniej wolność wiązano z odpowiedzialnością (mam prawo do X, ale wiem, że z tego wynika Y, więc jeśli przyjdzie mi zapłacić cenę za podążanie za własnym pragnieniem, to ją zapłacę i poniosę twarde konsekwencje), dziś definiowana jest jako prawo do każdego widzimisię (mam prawo do wszystkiego i nikomu nic do tego). Dlaczego się nie szczepisz? Bo nie! Dlaczego uważasz, że masz prawo narażać innych ludzi? Bo tak! Czy możemy porozmawiać przy użyciu argumentów? Argumentów? Ziemia jest płaskim dyskiem spoczywającym na sześciu krokodylach.

Scena z małego sklepu jubilerskiego w wielkiej galerii handlowej w dużym mieście. W salonie mogą przebywać trzy osoby. Ta prosta zasada nie obowiązuje jednak osób zaszczepionych, których nie obejmuje limit. Na uwagę obsługi: "proszę poczekać, chyba że jest pani zaszczepiona", oburzona klientka łyka przekleństwo i rzuca: "chodźmy stąd, nie mogę tego słuchać, tak tłamsi się wolność". Wolność? W gruncie rzeczy wolność do świadomego zarażania innych groźnymi chorobami lub narażania ich na nie rzeczywiście istnieje, ale wiele miejsca poświęca jej nie tyle konstytucja, na którą chętnie powołują się antyszczepionkowcy, ile Kodeks karny.

Reklama

Koronawirus aktualnie męczący świat jest na tyle groźny, że choć większość oszczędził, to uśmiercił już kilka milionów ludzi, a dziś jego ofiarami są głównie niezaszczepieni. Dyskurs naukowy - objaśniający istotę choroby, przekonujący do szczepień, apelujący do poczucia odpowiedzialności, wzywający do solidarności społecznej - okazał się jednak zupełnie bezradny wobec powodzi teorii spiskowych, psychotycznych z ducha koncepcji, paranoicznych kosmologii, jakie opanowały debatę publiczną, w której pojawiają się na równych prawach. Oto stempel epoki: lada dzień chiromancja i wróżenie z fusów zaczną zasługiwać na Nobla.

Oczywiście można zastanawiać się, czy to populiści i autokraci nowego typu, którzy chętnie korzystają z poparcia admiratorów urojenia o płaskiej Ziemi i puszczają do nich oko, wynieśli na piedestał myślenie magiczne, czy też to ono - rozrastające się w ostatnich latach w sposób niekontrolowany - stało się dla nich żyzną glebą, jakby byli odpowiedzią na jakąś dekadencję. Można się zastanawiać, w jakim stopniu wpływa na to wojna dezinformacyjna inspirowana przez rosyjskie farmy trolli. Można się też zastanawiać, dlaczego niektórzy artyści, którzy dawno temu wyśpiewywali mądrą wolność, jak Kult Kazika Staszewskiego (proroka z gniewnych lat), dziś na przykład organizowanie koncertów tylko dla zaszczepionych nazywają "apartheidem", jakby na stare lata chcieli udowodnić światu, że infantylizm jest bardziej wartościowy niż ich rzeczywisty dorobek.

Przypomnijmy sobie jednak, jak w kampanii wyborczej Andrzej Duda opowiadał, że nie jest zwolennikiem jakichkolwiek szczepień obowiązkowych. Że nie szczepił się nigdy na grypę, "bo uważa, że nie". Przypomnijmy sobie jego wyznanie, że nie lubi, jak igłą operuje mu się w okolicy ramion. Albo gdy filozofował, że "w zeszłym roku nie mieliśmy szczepionki, a przypadków było tyle samo". Te frazy, które zapewne uwodzą piewców wolności od zdobyczy współczesnej medycyny i pozwoliły uciułać trochę dodatkowych głosów, przyniosły więcej szkody społecznej, niż politycznego pożytku. Reflektor skierowany w mrok przez poprzedników został przez obecnego prezydenta zgaszony.

Nie bez przyczyny niektórzy nazywają współczesną epokę "nowym średniowieczem", w którym rozwój nauki, loty w kosmos, nowe technologie mniej znaczą, niż poszerzający swoje wpływy irracjonalizm i ciemnota. Już nie świat symboli i metafor, ale lawa fantazji, bajęd i rojeń zaczyna konstruować naszą rzeczywistość, w której doskonale odnajdują się wszelkiej maści roszczeniowi mitomani, trybuni ludowi bez maseczek, wirtualni znachorzy. Warto zresztą zauważyć, że Internet - oprócz oczywistych korzyści komunikacyjnych i edukacyjnych, jakie oferuje ludzkości - stał się po części współczesnym odpowiednikiem szaletu miejskiego, w którym każdy może anonimowo (!) nabazgrać na drzwiach dowolną bzdurę. Różnica polega na tym, że dawniej ta bzdura miała adekwatny status.

Głupiejemy w oczach. Jak to śpiewał Jacek Kaczmarski w "Przepowiedni Jana Chrzciciela"? "Bo pewne jest, że coś się kończy, / Ale ważniejsze - co się zacznie?".

Przemysław Szubartowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje