Reklama

Reklama

Donald Tusk wraca do polskiego piekiełka

Maile ze skrzynki ministra Dworczyka nie pogrążą PiS-u tak, jak pogaduszki u "Sowy i Przyjaciół" pogrążyły kiedyś Platformę Obywatelską. Natomiast odczuwalnym kłopotem dla władzy może być zapowiadany powrót Donalda Tuska. O ile bowiem aktualny suweren jest zupełnie impregnowany na afery rządzącej szósty rok Zjednoczonej Prawicy, o tyle jak ognia boi się, że Jarosław Kaczyński będzie miał w końcu z kim przegrać albo przynajmniej realnie powalczyć.

Maile Dworczyka pokazują wprawdzie skandaliczny styl zarządzania państwem, obnażają impotencję służb zajmujących się (cyber)bezpieczeństwem kraju, są momentami szokujące w treści, ale raczej przeminą z wiatrem. Tak jak z wiatrem przeminęło łamanie konstytucji, dewastowanie państwa prawa, instalowanie dublerów, wycinka Puszczy Białowieskiej, "dwie wieże" Kaczyńskiego, szkalowanie sędziów, loty Kuchcińskiego, miliony na wybory kopertowe, respiratory od handlarza bronią, raporty Najwyższej Izby Kontroli (Mariana Banasia), ignorowanie wyroków Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej itede, itepe.

Reklama

Oczywiście siłą PiS-u jest nie tylko bezczelność (gdy wybuchła afera z niezasłużonymi nagrodami dla ministrów, dowiedzieliśmy się, że te nagrody się im po prostu należały), populistyczny stosunek do pieniędzy, które można bez końca rozdawać - im bliżej wyborów, tym więcej i głośniej - ale także asymetria medialna, dzięki której powstaje trwałe wrażenie, że liberalna demokracja jest zawsze na cenzurowanym, a autokracji bezpodstawnie daje się kredyt zaufania.

Kiedyś na hasło "ośmiorniczki" czy "zegarek Nowaka" pąsowiały z oburzenia policzki dziennikarzy, nagrane przez kelnerów taśmy były puszczane bez weryfikacji i komentowane bez przerwy, a ówczesna opozycja wykorzystywała je bez zahamowań do walki politycznej. W sprawie afery mailowej zaś hamletyzowaniu i relatywizowaniu nie ma końca - może było tak, a może jednak siak? - a jeśli ktoś wątpi w narrację władzy, zostaje przez nią poddany moralnemu szantażowi, że problematyzowanie wschodniego kierunku wycieku jest co najmniej antypaństwowe.

W tej atmosferze partia rządząca może organizować tajne posiedzenie Sejmu, mówić o ataku z (terytorium) Rosji, snuć scenariusze o częściowo prawdziwych, częściowo fałszywych, częściowo sfabrykowanych mailach, a jednocześnie nie wszczynać dyplomatycznych procedur czy politycznych aktów w rodzaju zwołania Rady Bezpieczeństwa Narodowego. A może jakiś jej taktyk komunikacji społecznej po prostu wziął sobie do serca słowa Mateusza Morawieckiego z 2013 roku (o reklamie banku, którego był prezesem), zresztą z taśm nagranych u "Sowy i Przyjaciół", że "ludzie są tacy głupi, że to działa"?

Jeśli więc nie kolejna afera, to dlaczego akurat Donald Tusk miałby być zagrożeniem dla monolitu PiS? Dlatego, że jako polityk z wielkim doświadczeniem, światowym obyciem, europejskim wsparciem i będąc najbardziej namiętnym przeciwnikiem Jarosława Kaczyńskiego ma szanse zrekonstruować i wzmocnić demokratyczną stronę duopolu, który w Polsce jest chłopcem do bicia (rozbić duopol!), w stabilnych demokracjach się sprawdza (jak np. w USA), ale w państwach autorytarnych lub staczających się w autorytaryzm pełni funkcję pozytywną i sprzyja jednoczeniu się opozycji wokół najsilniejszego gracza, wspólnych celów i realnej polityki. Walka z duopolem jest dobra na czasy flauty.

Tymczasem opozycja polityczna jest dziś w stanie rozedrgania, więc będzie to zadanie niełatwe, o ile w ogóle możliwe. Platforma Obywatelska, wciąż reprezentująca liberalne centrum, cierpi na wewnętrzne niepokoje i słabsze sondaże, ale nadal jest najsilniejsza instytucjonalnie i ma kilka personalnych i historycznych asów w rękawie. Podobnie jak jej dawny koalicjant, czyli Polskie Stronnictwo Ludowe, lubiące przypominać, że istnieje Polska, która ceni wolność i demokrację, ale nie zgadza się z hasłem wielkomiejskich protestów, że "aborcja jest OK".

Lewicy, wpadającej w pułapkę nowego purytanizmu i terroru poprawności politycznej, tych nowych lewicowych mód, wydaje się, że zamiast walczyć o elektorat socjalny można być konstruktywną (czy, jak mówią złośliwi, koncesjonowaną) opozycją, która z siedmioprocentowym poparciem dokona rewolucji obyczajowej, a przynajmniej prześlizgnie się do parlamentu. Szymon Hołownia marzy o tym, by w Polsce uchodzić za tego zbawcę, któremu wreszcie się udało, ale na razie pożera tylko opozycyjny elektorat, dając w zamian rutynowe obietnice, znaki zapytania, no i czar, który - taki jego los - będzie topnieć.

Skoro takiej opozycji przyjdzie się znów - w przyspieszonych wyborach lub w 2023 roku - zmierzyć z politycznym i ideowym monolitem (choćby i bez Gowina, ale za to z Bielanem), który będzie uwodził rodaków Polskim Ładem, kontynuował rewolucję kulturalną i konsekwentnie dążył do Budapesztu w Warszawie, to może ona albo odrobić lekcję węgierską, albo przez kolejną kadencję śnić słodki sen narcystycznego ignoranta, który zamiast razem woli osobno. Może albo wygrać z PiS-em, albo przegrać z D’Hondtem.

Życzliwi Tuskowi mówią, że jest wszystkim potrzebny. Platformie, bo tchnie w nią dawnego ducha. PSL-owi, bo także wierzy, że wybory wygrywa się w centrum. Lewicy, bo nauczy ją, jak zdobywać poparcie. Hołowni, bo pokaże mu, czym jest zawodowa polityka i że oprócz gładkich haseł potrzebna jest głęboka diagnoza i zupełnie nowa opowieść o Polsce.

Mniej życzliwi podkreślają, że były premier ma też wadę: jest inteligentny. A tego polskie (opozycyjne) piekiełko może nie wytrzymać.

Przemysław Szubartowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy