Reklama

Reklama

​Czy Kaczyński posłucha Bidena?

Po wizycie Joe Bidena w Polsce rodzi się fundamentalne pytanie, czy warto poświęcić praworządność na ołtarzu geopolityki. Prezydent Stanów Zjednoczonych, który naszkicował napaść na Ukrainę jako wielką walkę między autokracją a demokracją, między dyktaturą siły a rządami prawa, jednocześnie dawał do zrozumienia, że w państwie frontowym, jakim jest Polska, trzeba przywrócić jedność z Unią Europejską, bo teraz są ważniejsze wyzwania. Kwestią sporną pozostaje, czy droga do tego ma wieść przez abolicję dla władzy łamiącej konstytucję, czy poprzez wykonanie wyroków europejskiego Trybunału Sprawiedliwości i powrót do reguł państwa prawa.

PiS liczy na to pierwsze rozwiązanie. Rządzący chcieliby, aby w cieniu wojny Unia Europejska złagodziła swoje surowe stanowisko i niemal bezwarunkowo uruchomiła zamrożone fundusze. W zamian chce wprowadzić w życie przepisy, które pozornie zlikwidują nielegalną Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego, ale nie rozwiążą kwestii wadliwie powołanych sędziów i powstałej z naruszeniem konstytucji nowej Krajowej Rady Sądownictwa. Opozycja i prawnicy, którzy od 2015 roku dokumentują wszelkie naruszenia konstytucji przez rządzących, uważają, że byłoby to bezprecedensowe przekreślenie tych wartości zachodnich, o które walczą Ukraińcy i o których mówił Biden. Że byłoby to właśnie poświęcenie praworządności na ołtarzu geopolityki.

Reklama

Nie trzeba było wprawnego ucha, by usłyszeć, że prezydent Biden w swoim niezwykle ważnym i wielowątkowym wystąpieniu uwznioślił te sprawy, które od początku były kwestionowane przez Jarosława Kaczyńskiego i jego ekipę. Jako ikonę walki o wolność wymienił Lecha Wałęsę, który konsekwentnie jest przez PiS wymazywany z historii. Mówił o demokracji i państwie prawa, a to właśnie te wartości są treścią największego pęknięcia politycznego w Polsce od 1989 roku. Podkreślał znaczenie wolności słowa, a to przecież jego administracja pomogła prezydentowi Andrzejowi Dudzie w podjęciu decyzji o zawetowaniu ważnego dla władzy projektu wymierzonego w komercyjną telewizję należącą do amerykańskiego koncernu.

Biden, który oczywiście w pierwszej kolejności chciał przekonać swoich obywateli, że amerykańskie zaangażowanie w naszej części świata jest uzasadnione, bez wątpienia przyjechał do Polski z przesłaniem, że w sytuacji radykalnej zmiany geopolitycznej kontynuowanie budowy Budapesztu w Warszawie nie ma racji bytu, i to nie tylko dlatego, że dotychczasowy mentor i najbliższy sojusznik PiS, Viktor Orbán, jest dziś traktowany w Unii Europejskiej jako rzecznik Rosji. Zapomina się czasem, że amerykańska dyplomacja wykracza poza wąskie horyzonty doczesnych konfliktów i sięga znacząco dalej, niż perspektywa nawet kilku lat. W tym kontekście opisanie przyszłości jako długiej walki o wolność i rządy prawa, co wymaga jedności Europy, Zachodu i NATO, pokazuje, że Stany Zjednoczone nie mają złudzeń, że Władimir Putin nie tylko nie spocznie, ale że nie jest ostatnim dyktatorem, które zechce pożerać demokratyczny świat.

Tymczasem nie ma żadnej pewności, czy Kaczyński, który do wybuchu wojny uprawiał politykę antyeuropejską i budował sojusze z zachodnimi przyjaciółmi Putina, weźmie do siebie to ważne przesłanie amerykańskiego przywódcy. Wprawdzie podczas jego wizyty nie brakowało przychylnych gestów wobec prezydenta Dudy, bo Ameryka chce mieć w Polsce przewidywalny ośrodek władzy, ale przecież PiS gra na wielu fortepianach. Podczas gdy prezydent buduje swój nowy wizerunek, choć nadal powołuje neosędziów, Zbigniew Ziobro nie rezygnuje z konfrontacyjnego wobec Zachodu języka, telewizyjna propaganda zaostrza ataki na Donalda Tuska i opozycję, a sam szef PiS odgrzebuje sprawę smoleńską, która od dekady dzieli Polaków. A jeśli wziąć pod uwagę, że prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski odciął się właśnie od przedstawionego przez Kaczyńskiego pomysłu misji pokojowej NATO, to w tej perspektywie szeroko rozumiana jedność wewnętrzna i zewnętrzna może być tylko piękną ideą.

Nie wszyscy potrafią zrozumieć, że sprzeciw wobec obecnej władzy nie zrodził się z powodu różnic w poglądach - te są przecież koniecznym elementem każdego systemu demokratycznego - ale z powodu wykroczenia przez tę władzę poza zasady konstytucyjne. Jeśli Unia Europejska, zachodnia wspólnota, prezydent Biden zgodzą się ostatecznie poświęcić praworządność na ołtarzu geopolityki, zamiast wymusić na rządzie w Warszawie pełnowymiarowy powrót na ścieżkę praworządności, przekreślą wartości, o których tak stanowczo i głośno mówią. Nawet jeśli dzięki pieniądzom na walkę z kryzysem PiS nie będzie umacniał w Polsce autokracji, tylko zmieni priorytety na obronność i bezpieczeństwo, już nigdy nikt poważnie nie potraktuje wezwań, by bronić konstytucji, by walczyć z populizmem, by dbać o rudymentarne zasady, by występować przeciw perwersyjnej polityce odwracania znaków. Takiej niekonsekwencji na pewno nie przestraszy się także żaden dyktator.

Przemysław Szubartowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy