Reklama

Reklama

A co, jeśli opozycja powinna stać się PiS-em?

Od kilku lat powielana jest diagnoza o kryzysie opozycji i hegemonii autorytarnej władzy, która - mimo niezliczonych afer, moralnego upadku, politycznego zużycia, wewnętrznych pęknięć - wciąż przoduje w sondażach i nie przestaje myśleć o trzeciej kadencji. Jednocześnie kolportowane jest złudzenie o rychłym końcu tych rządów, które, zupełnie jak u Becketta, nie może przeobrazić się w rzeczywistość i wiecznie zaklęte jest w słowach, nadziejach i oczekiwaniach. Zabawmy się w rozwiązanie tego impasu: a co, jeśli jedynym wyjściem dla obozu demokratycznego, który szuka szansy na wygranie wyborów, jest sytuacja, w której anty-PiS stanie się PiS-em?

Piszę o zabawie (a myślę o prowokacji intelektualnej), ponieważ nie chodzi przecież o to, by nagle Platforma Obywatelska, ludowcy, Hołownia czy lewicowe formacje opozycyjne realnie zamieniły się w Kaczyńskiego i zaczęły wcielać w życie jego wizje. Taki teatralny akt byłby nie tylko niemożliwy, ale także zgubny i ostatecznie śmieszny, ponieważ suweren w okamgnieniu rozpoznałby podróbkę. Chodzi raczej o to, by uprościć jak się da, odsączyć z wieloznaczności, zmodyfikować i finalnie zastosować koncepcję (jednej ze szkół psychoanalitycznych) identyfikacji z własnym symptomem, którą jeden z interpretatorów opisał bardzo obrazowo: jeśli nie jesteś w stanie wytrzymać brzęczenia muchy, która lata ci nad uchem i nieustannie cię drażni, po prostu sam stań się muchą.

Reklama

Metafora jak metafora, ale jeśli uznamy, że PiS i jego "dzieło" to symptom III Rzeczpospolitej, a więc symptom obecnej opozycji, symptom formacji zorientowanych demokratycznie, symptom obrońców praworządności, symptom Polski europejskiej, a nie wschodniej, symptom - jak ująłby to lider władzy - "gorszego sortu" itp. - może nie być lepszego wyjścia. Donald Tusk, który niedawno wrócił do polskiej polityki i jako jeden z nielicznych rozumie, przed jakim wyzwaniem stoi dziś opozycja, w jakimś sensie rozpoczął ten proces, ponieważ zauważył, że nie da się być pięknoduchem w starciu z barbarzyńcą, nie da się być symetrystą w świecie zła, nie da się ulegać magii poprawności politycznej, gdy do głosu dochodzi nihilistyczna pewność siebie, relatywizm moralny czy odwracanie znaków, nie da się wreszcie nie uprawiać polityki (w miejsce szarż na oślep), gdy wszystko, co mówi i robi opozycja, jest używane przeciwko niej.

Kuglarze analiz politologicznych nie ustają w trudach wyjaśniania powodów, jakie sprawiły, że PiS uwiódł Polaków do tego stopnia, że stali się ślepi na łamanie konstytucji własnego państwa i obojętni na takie gorszące zjawiska, jak na przykład bezprawne stosowanie reasumpcji w celu wygrania głosowania. Dostajemy więc różnego typu koncepcje, wśród których zwracają uwagę przede wszystkim te wskazujące na właściwe rozpoznanie przez obecną władzę socjalnych potrzeb obywateli oraz uruchomienie czy raczej odpalenie lontu pod resentymentem. Dodatkowo mówi się o triumfie populizmu w znudzonych albo zawiedzionych liberalną demokracją społeczeństwach, które rozkosz odnajdują już nie w ciepłej wodzie w kranie, ale w ideologicznym zacietrzewieniu, ksenofobicznych dreszczach czy urojeniowej wizji świata.

Zapomina się jednak o tym, co dobrze ujął nieżyjący już reżyser i pisarz Andrzej Żuławski, który w jednej ze swoich książek ("Zaułek pokory") pisał o tym, że Polacy żyją w dwóch skonfliktowanych tradycjach myślenia. W greckiej, czyli takiej, która stawia nas w świecie wolności indywidualnej i życia w "polis", mieście, społeczności, rynku, ale także w takiej, która spycha nas w niewolę "jedynie słusznej" religii, "jedynie skutecznej" zajadłości, w okowy podległości zamiast obywatelstwa. Niewiele się przez dekady zmieniło, a widać to na przykład w sporze o płot na granicy polsko-białoruskiej. Jedni chcą się przedrzeć z pomocą humanitarną, apelują o współdziałanie z Unią Europejską, drudzy zachowują się tak, "jakby płoty wciąż stały wewnątrz ludzi" (znów Żuławski). Kaczyński ożywił tę prawdę o pęknięciu własnego narodu i stał się zbawcą jednej jego części, którą napuszcza na drugą.

Dlaczego opozycja (a przynajmniej jej część) nie zbawia demokratów albo ma z tym trudność? Bo zamiast (jak PiS) budować wspólnotę wokół najsilniejszego - wspiera odrębności i wewnętrzną rywalizację, którą przenosi na własnych wyborców. Bo zamiast (jak PiS) bronić swojego języka, swoich ideałów, swojej tradycji - nie jest dumna z osiągnięć, z których może być dumna, tylko je krytykuje lub ahistorycznie relatywizuje. Bo zamiast (jak PiS) uprawiać politykę - wystawia łatwe piłki wrogiej propagandzie. Bo zamiast (jak PiS) snuć porywającą opowieść o Polsce - upaja się aplikacją na smartfony. Bo zamiast (jak PiS) tchnąć nowego ducha w sennego suwerena - czeka, aż suweren sam się obudzi i tchnie jakiegoś ducha w nią. Bo zamiast (jak PiS) skupić się na tym, co możliwe - ulega fatamorganie o zszywaniu Polski. I tak dalej, i tym podobne.

Czy opozycja - w tym sensie (i tylko w tym sensie) - powinna stać się PiS-em, jednocześnie różniąc się wszystkim od PiS-u? Tak, o ile chce zwyciężać.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje