Reklama

Reklama

Z piąchą pod strzechy – czy politycy chcą byśmy się powybijali?

Donald Tusk postanowił zamienić Polskę w zabawę w remizie, gdzie wybuchła taka awantura, że nikt nie może stać już obok. Pomysł jest atrakcyjny i dla części rządzącej prawicy. Sporo osób może jednak nie chcieć się bawić.

Plaża nad Soliną. Upalna sobota, grupki opalających się turystów weekendowych. W pewnym momencie w okolicy pojawia się motorówką dwóch policjantów, którzy o coś wypytują. Młodzi, grzeczni, widać na coś zwracają uwagę. W tym samym momencie pojawiają się komentarze podpitego już towarzystwa, j... ć PiS", "j...ć policję", "k...y PiS-u". Siedząca na ręczniku dama z piwem zachęca swojego towarzysza by nagrywał tych "sk..." na komórkę i tak się faktycznie dzieje.

To oczywiście sytuacja jednostkowa, której świadkami byli moi bliscy. Ale te wzorce zachowania nie wzięły się znikąd. Agresję części społeczeństwa skutecznie zaprogramowano. I budzą ją nie premier, prezydent, szef PiS, czy liderzy polityczni. Budzą ją zwykli policjanci, czy - jak było kilka dni temu w Kórniku, starsze kobiety. Ci ludzie, nie mają ochrony, nie osłaniają ich kuloodporne szyby. Tyle, że gdzie drwa rąbią tam wióry lecą i politycy ani nie przejmują się, ani nie będą się przejmować, przypadkowymi ofiarami.              

Reklama

Pochwały agresji

Awantura w Kórniku, gdzie uczestnicy spotkania z Jarosławem Kaczyńskim zostali opluci i zwyzywani przez agresywnych zwolenników opozycji to tak naprawdę jedno z wielu spięć społecznych, do których dochodzi. Mamy dziś przecięte i skłócone społeczeństwo. Duża część świata polityki stara się to pęknięcie zdyskontować. Agresja z Sejmu, czy kłótni między politykami i dziennikarzami przeniosła się w dół. Dziś coraz trudniej twierdzić, że promowane przez bliską Platformie część opozycji hasła "j...ć PiS" czy "wyp...ć" są wymierzone tylko w rządzących. Szczególnie kiedy opozycyjna posłanka Jachira wprost mówi o niechętnej jej części Polski "dziury i ciemnogrody", a bliscy formacji Donalda Tuska intelektualiści obnoszą się z ostentacyjną pogardą dla "idiotów pod strzechami".

Dość charakterystyczne, że po całej wspomnianej awanturze w Wielkopolsce część z mediów z aprobatą traktowała zachowanie demonstrantów. Ze zrozumieniem do agresji odniósł się Tomasz Lis, zupełnie niepomny chyba własnych niedawnych kłopotów. Dumę ze swoich okazała Katarzyna Kierzek-Koperska, była wiceprezydent Poznania i działaczka PO. Inna działaczka tej partii, niedoszła posłanka, w ogóle wiodła prym w awanturze. Można by wymieniać dalej.  

Patent Tuska

W tym szaleństwie jest metoda, a przynajmniej miała być. Metoda Donalda Tuska, choć historycznie i PiS nie jest tu bez winy. Zresztą Jarosław Kaczyński w przeszłości sam lubił podpalać lont społecznego buntu, robił to i Leszek Miller wykorzystując frustrację elektoratu postkomunistycznego. Ale nawet Andrzej Lepper, Zygmunt Wrzodak, czy inni radykalni liderzy związkowi nie zbliżyli się do tego poziomu, który mamy dziś. Oni jednak atakowali decydentów, a funkcjonariuszy co najwyżej wtedy, gdy wchodzili im w drogę.

Co się więc stało? Co stało się takiego, że na organizowany przez Platformę Campus Polska zaprasza się Barbarę Kurdej-Szatan? Aktorka - dla przypomnienia - zasłynęła wypowiedzią, w której wulgarnie lżyła funkcjonariuszy Straży Granicznej nadstawiających karku - także za nią - na granicy z Białorusią. Na Campusie, Kurdej-Szatan, przedstawiana jako "gościni", miała wedle zapowiedzi mówić o tym, jak radzić sobie z hejtem. Spotkanie z nią reklamował Sławomir Nitras, polityk PO znany ze skłonności do zachowań na pograniczu fizycznej agresji. A przecież Rafał Trzaskowski, który jest ojcem Campusu, to ma być ta bardziej przyjazna twarz Platformy. To nie ma być agresja spod znaku Tuska. Mimo tego zdecydował się na taki ruch. Pewnie kwestia konkurencji.

Uważam, że Donald Tusk celowo postawił na taki scenariusz, a agresję wzmocnił w momencie wojny na Ukrainie. Uznał, że społeczeństwo nie może zapomnieć o wojnie polsko-polskiej. Że współczucie dla Ukraińców, zagrożenie ze strony Putina, ekonomiczne koszty wojny i kryzysu globalnego mogą Polaków odciągnąć od awantury na naszym krajowym podwórku. Oczywiście rządzący wykorzystywali sytuację wszystkie krajowe problemy zwalając na Putina. Tusk postanowił pokrzyżować im szyki. Niestety zrobił to napuszczając Polaków na siebie. Dolewając hektolitry oliwy do i tak niszczącego już ognia. A w tym momencie, nawet jak dojdzie do jakiejś tragedii będzie powtarzał jak mantrę hasło wytrych, że to przez rządy PiS. 

Chleb czy igrzyska?

Czy będzie to politycznie skuteczne? Na pewno Donald Tusk - wyrósł na lidera opozycji. Na pewno strona pisowska podjęła grę namaszczając go na głównego adwersarza i nim strasząc swój elektorat. Dla niej on także okazał się mieć korzyści - pozwala mobilizować, wyzwala poczucie zagrożenia. Tyle, że Platforma wszystko to przenosi już w otwarty sposób na grunt społeczny i tego się nawet nie wypiera. Przecież mundurowi i ich rodziny to w Polsce w sumie ponad milion osób.

Tkwi w tym jednak pewne zagrożenie. Nie chodzi o zagrożenie dla państwa, bo tę aktywność lidera PO i nie tylko tę, uważam za w ogóle antypaństwową. Jest w tym zagrożenie dla samej Platformy. Olga Tokarczuk wciąż bez wahania wspiera i nie drgnie jej nawet przy tym powieka. Agnieszka Holland lekko ucieka od tematu mówiąc, że trzeba skupić się na klimacie i Ukrainie. Ale spora część "umiarkowanych", ludzi o liberalnych poglądach, ale niekoniecznie chcących brać udział w tej naparzance zacznie uciekać. Świat zmurszałej, ale przewidywalnej władzy PiS może się okazać bezpieczniejszy niż chaos, społeczna wojna, zemsta i defenestracje zapowiadane przez Tuska.

Zwróciłem uwagę na wypowiedzi dwóch profesorów. Jednym z nich jest Stanisław Żerko, historyk bardzo aktywny w mediach społecznościowych. Ostatnio bardzo krytyczny wobec PiS. Jego żona ze znajomymi poszła na spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim w Kórniku. Zapewne dawnym zwyczajem mówiącym, że chadza się na takie różne konwentykle by usłyszeć co politycy mają do powiedzenia. Wychodząc znalazła się w gronie lżonych przez antyrządowych aktywistów osób, a Żerko zaapelował do Donalda Tuska, by ten z kolei zaapelował do swoich ludzi, by choć ograniczyli się do obelg, ale nie plujcie.

Inną taką osobą jest jeden z naszych najbardziej wpływowych analityków współczesności profesor Antoni Dudek. Uchodzący z tak zwanego "symetrystę", czyli zachowującego równy dystans do obu zwaśnionych formacji, ale bardzo krytyczny wobec PiS i światopoglądowo chyba bliższy PO, przynajmniej w jej dawnym wydaniu. W książce - wywiadzie "O dwóch takich co podzieliły", który zresztą gorąco polecam, Dudek z przerażeniem odnosi się do zdziczenia naszej polityki, czego symbolem stało się hasło "j...ć PiS" i tym podobne. Historyk zdaje sobie sprawę, że tak nakręconych agresji i chamstwa nie można w pewnym momencie po prostu wyłączyć albo odwołać. Procesy społeczne są długofalowe, a ich skutki nieprzewidywalne i z dużą dozą prawdopodobieństwa na ich drodze znajdują się tragedie.

Myśl jednak, że wielu Polaków będzie miało coraz poważniejsze obawy spotykając się z coraz większą agresją na co dzień i widząc lidera PO nieustannie podgrzewającego swoich działaczy i zwolenników jakby hodował psy do walki w klatkach. Poza tym agresja, nienawiść to dla wielu często przyjemne uczucia i chętnie się nimi napawają, ale przy wyborach może nadejść refleksja, że wulgaryzmy nie zastąpią pakietów socjalnych i bezpiecznych granic. Pozostaje jednak pytanie jaka część aparatu PO, także otoczenia Tuska, działa jeszcze w sposób racjonalny, a jaka zatraciła się w nienawiści do konkurentów politycznych. I na ile racjonalnie jeszcze działa sam Tusk.                          

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy