Reklama

Reklama

​Wszyscy jesteśmy trollami? Ja się nie piszę

Co różni przedstawiciela szacownej krajowej elity, polityka, dziennikarza, "influencera", aktora, czy po prostu osobę aktywną w mediach społecznościowych od anonimowego trolla internetowego? Do tej pory wydawało się, że wszystko. Teraz już nic.

Czy to u Tolkiena, czy w skandynawskich legendach, czy dziś, troll to postać paskudna i nie darmo właśnie to miano określiło w naszych czasach specyficzną funkcję społeczną. "Troll" to ten kto kpi z ofiar wypadku lub katastrofy. To ten, który samemu swoje brudy trzymając w ukryciu anonimowości, kryjąc się za nią, uprawia moralizatorstwo w stosunku do innych. Jest Piotrem Skargą, inkwizytorem Torquemdą i rewolucjonistą Robespierrem lub innym Leninem walczącym o czystość. Innych.

Innych, dlatego, że swój brud pozostawia pod nickiem, w domowym lub biurowym zaciszu, gdzie wszystkie swoje frustracje rozładowuje gromiąc znienawidzone wyobrażenia "tych z tamtej strony". Otóż uważam, że czas trolli się kończy. Przynajmniej tych z tolkienowskiego podziemia, jaskiń anonimowości, ukrytej frustracji. A to dlatego, że dziś jak trolle zaczynają zachowywać się wszyscy. Ludzie mający twarze, nazwiska, dorobek życiowy lub choć twierdzący, że go mają.

Reklama

Oczywiście trollerka się broni. Kilka dni temu ukazały się informacje, że do zdrowia wraca Piotr Semka, znany, zdecydowanie konserwatywny dziennikarz, mój kolega. Wiadomo, że walka o jego życie trwała wyjątkowo długo. Jak mówił tygodnikowi "Do Rzeczy", gdy trafiał pod respirator i zapytał, co będzie, usłyszał - "obudzi się pan albo nie". Obudził się i wraca do zdrowia. Musi być spore rozczarowanie. Pamiętam, co się działo w mediach społecznościowych ze strony dużej części, to ważne tu słowo, tak zwanych "silnych razem", czyli najbardziej radykalnej opozycji. Radość, triumf, złość, że nielubiany przez nich facet zajmuje łóżko szpitalne. To nie były pojedyncze głosy, to było całkiem powszechne zjawisko. Obawiam się, że niektórymi z piszących te opinie byli ludzie, których w przeszłości znałem. Podkreśliłem, że to część, bo widziałem wpisy niektórych "silnych", którzy się od tego odcinali. Chwała im za to.

Tyle o anonimach. Problem jest taki, że dziś wśród ludzi z nazwiskami, pozycjami, zapanowała moda na kopanie wrogów przez grzebanie w ich życiu prywatnym, cieszenie się osobistymi niepowodzeniami, rozwodami, problemami, chorobami. Powielanie plotek, fejkniusów, ładowanie się z noktowizorami do sypialni. Żona polityka pokazała na Instagramie piersi? Ależ używanie. Rzecznik ministerstwa jest homoseksualistą? Jedziemy, choć sami przecież głosimy wojnę totalną z homofobią. Jakaś anonimowa, rzekoma twitterowa prostytutka podaje, co do niej miał pisać jeden z dziennikarzy? I na drugą nóżkę - nigdy nie skończymy się cieszyć, że znany dziennikarz prowadził samochód po pijaku i robił jakieś przekręty? Rozumiem wściekłość, ale ile można tym żyć?

Żadna z tych historii świata nie zmieni, a nawet polskiej polityki. To tylko sadystyczne wyżywanie się na przeciwnikach. Dokuczanie ludziom, by było im przykro. Szczucie. Cieszenie się nieszczęściem. Ludzkie. Ale słabe. Można to zrozumieć, gdy gej walczy z homoseksualizmem, wróg lustracji okazuje się beneficjentem swoich bezpieczniackich korzeni, a pijak walczy o trzeźwość. To zadanie mediów, by takie sytuacje ujawniać. Tyle że to mamy już dawno za sobą. Teraz po prostu szczuje się w tani sposób, tanio moralizuje, cieszy się nieszczęściem bliźniego, per saldo szkodząc. Jeśli nie owym bliźnim, to na pewno sobie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy