Reklama

Reklama

To kto chce tego polexitu?

Wiadomo, jak jest w polityce: udawanie, gry, PR, ściema. Ale jednak i one do niedawna miały swoje granice. To pocieszne, że ci, którzy deklarowali się z największą proeuropejskością, właśnie oddają jeden z najmocniej wymierzonych we współpracę Polski z Unią głosów.

Jak nie idzie to nie idzie. Najpierw lud masowo nie zrezygnował z korzystania ze stacji benzynowych największego państwowego koncernu naftowego, a także w ogóle nie wyrzekł się oferty państwowych spółek. Nadal lata LOT-em i jeździ koleją. Teraz obecny premier dogadał się z lewicą ratując blisko ponad 160 miliardów euro, które ma trafić do Polski w ramach całej unijnej "perspektywy" na najbliższe sześć lat. Bardzo duża część z tego będzie bezzwrotną dotacją. W zaistniałej sytuacji, politykom dawnej Platformy nie pozostaje nic innego jak uznać, że jednak siła wyższa istnieje i zacząć modlić się do niej o wielką suszę, powódź lub kometę. W sumie zresztą niczym innym nie będzie głosowanie przeciwko esencjonalnym interesom już nie tylko obozu władzy, ale przeciwko najbardziej podstawowym polskim interesom, w dodatku wbrew polityce unijnej, która teraz może pokazać swoją siłą i odbudować wiarygodność naruszoną podczas pierwszej fazy epidemii.

Reklama

Oczywiście, w paru elementach diagnozy, ludziom dawnego układu władzy racji odmówić nie można. Czy Mateusz Morawiecki ograł swoich eurosceptycznych partnerów-przeciwników po prawej stronie związanych z obozem Zbigniewa Ziobry i dawną Platformę Obywatelską? Zrobił to koncertowo, przede wszystkim dogadując się z lewicą. Pomimo COVID-19 ma teraz fundusze, które zapewnią mu realizację aspiracji życiowej, jaką jest danie Polsce kopniaka modernizacyjnego na długie, długie lata.

Czy Robert Biedroń - którego wielu, włącznie z niżej podpisanym - miało za drobniejszego politycznego cwaniaczka, nie okazał się jednak lepszym cwaniakiem? Okazał się, i to nie lada. Ze spotkania z Morawieckim wyszedł z pakietem, na mocy którego teraz za każdym razem, kiedy PiS będzie dokonywał jakiejś bardziej efektownej dystrybucji unijnej gotówki, on będzie mógł krzyczeć: "zobaczcie, to dzięki mnie, to ja załatwiłem! Może na co dzień raczej się wesoło bawię na Tik Toku, a nie zajmuję politycznymi nudziarstwami, ale gdy trzeba, jestem tam, gdzie trzeba"! Biedroń dowiódł, nie pierwszy raz, że nie jest z tych facetów, o których stary John Rockefeller mawiał, że za ciężko pracują by zarobić pieniądze.

A czego dowodzi Platforma? Tego, że jako partia jest absolutnym zakładnikiem tej części elektoratu, a i zapewne partyjnego aktywu i wierchuszki, który w polityce ma jeden cel - nie interes publiczny, a może już nawet niekiedy i nie własny nawet, a nienawiść do PiS, włącznie z elektoratem tej partii. To potwierdzają niestety badania.

Po drugie, tego, że w ramach realizacji tego celu jest w stanie zagłosować za wszystkim i współpracować z politykami, którymi na co dzień straszy Polską, autorami reformy sądownictwa, eurosceptykami, czy prawicowymi "odlotowcami" w rodzaju Grzegorza Brauna czy Janusza Korwin-Mikkego. Zresztą te rzadko dostrzegane linki były widoczne podczas ostatniej kampanii wyborczej, gdzie okazało się, że wokoło Konfederacji, głównie jej skrzydła związanego z dawnym UPR, kręcą się osoby równocześnie bliskie Romanowi Giertychowi, a nawet zarabiające w ratuszu u Rafała Trzaskowskiego.

Jak widać, polityka prawdziwa, ciut się różni od tej z telewizora. Do tego stopnia, że pomimo przez lata deklarowanej "dumy z bycia w Europie", "umacniania Polski w Unii", "Europy, która jest z nas dumna", "europejskich wartości" i "niezaściankowości", Koalicja Obywatelska właśnie próbuje wysadzić w ramach polskiej walki wewnętrznej część jednego z najważniejszych wspólnych europejskich projektów gospodarczych w historii zjednoczonego kontynentu. Robi to w marnym stylu powtarzając nonsensowny przekaz dnia, że "nie będziemy negocjować z terrorystami". W dodatku wygląda na to, że wszystko to robi zupełnie nieskutecznie. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama