Reklama

Reklama

Szybcy i bezkarni

Potępiamy w czambuł ludzi, którzy źle parkują albo wypili piwo przed jazdą samochodem, a mamy większą tolerancję dla romantycznej młodzieży, która z prędkością powyżej 200 kilometrów na godzinę gna po ulicach polskich miast. Niestety, w ten sposób tej młodzieży będzie coraz więcej i ofiar też. Takich jak inwalida, którego w weekend zabił kierowca porsche w centrum Warszawy.

Nie wiem, jak jest u was, ale moja pobliska ulica Grochowska w Warszawie w nocy od czasu do czasu ryczy wyścigami samochodowymi. Kilka dni temu z kolei, przy ulicy Kruczej w Warszawie, bmw z popularnej wypożyczalni przejechało na moich oczach, mając może jakieś 150 kilometrów na liczniku, na czerwonym świetle, tuż przed przechodzącymi ludźmi. Widzicie takie widoki? Przelatuje koło was czasami sportowy samochód na autostradzie jadąc 250, może 280 kilometrów na godzinę i spychając wszystko po drodze światłami z daleka? Wszyscy mu ustępują, bo ma przewagę. W przypadku zderzenia to on ma większe szanse przeżycia. Decyduje fizyka, no i jakość samochodów. Więc nie dziwmy się, że czasem komuś przypadkowemu się nie uda przeżyć. Jak się biega po polu minowym, to można oberwać. A Polska zamienia się właśnie w takie pole minowe.

Reklama

Przyczyn zapewne jest kilka. "Need for Speed", "Szybcy i wściekli", gry i filmy tworzą modę na ściganie. Na to nałożyła się jeszcze jedna sprawa. Liczba młodych wyścigowców na drogach to - jak inflacja - uboczny efekt szybkiego bogacenia się społeczeństwa w ostatnim czasie. Iluż młodych Polaków dekadę temu stać było na nowe porsche? Bogatych tatusiów było zdecydowanie mniej, a i dla dwudziestolatków możliwości szybkiej kasy tylu nie było. W sumie, wydawałoby się, że nie ma co narzekać. Kasa idzie w rynek, paliwo, części, pompują gospodarkę - ta się dzięki temu dalej kręci i jest jeszcze więcej kasy. Znajoma, której syn, niedawny maturzysta, kupił samochód z blisko 300-konnym silnikiem, stwierdziła: "lepiej niech interesuje się samochodami niż jakby miał ćpać". Trudno nie przyznać racji. Tylko że pod warunkiem, że latorośl nie będzie sprawdzać całej mocy między miejskimi światłami albo autokarami z dziećmi na autostradzie.  

I żeby było jasne, nie jestem wrogiem samochodów, wręcz przeciwnie. Nie jestem bynajmniej świętym kierowcą i sam mam sporo za uszami. Nie podobają mi się ekologiczne, infantylne odloty prezydenta Trzaskowskiego, który chce zwęzić jedną z głównych arterii miasta, bo to "trendy". Lubię i wyścigi, gdybym miał lepszy refleks i grubszy portfel być może sam bym w nich brał udział, oczywiście w miejscach, gdzie wolno to robić. Ale bardziej niż wszystko co powyższe - chcę żyć. Dlatego też, szanowni koledzy, tuningujący, driftujący, palący gumy, nie wysyłajcie mi po tym tekście obraźliwych sms-ów. To nie o was, dopóty, dopóki nie zaczynacie zagrażać życiu innych.

A co z szanowną policją i stroskanymi decydentami? Z pijanymi kierowcami walczymy, od kiedy pamiętam. Polskie przepisy są dość ostre. Być może w przypadku tych bardziej pijanych i naćpanych powinny być faktycznie jeszcze ostrzejsze, choć uczciwie mówiąc - nie wydaje mi się, by jedno piwo było groźniejsze niż włączony telefon komórkowy przy uchu. Ale dziś coraz groźniejsze stają się dzieciaki, którym gry i filmy pomyliły się z życiem, niestety nie tylko swoim. 

Dowiedz się więcej na temat: Wiktor Świetlik | samochód | auto

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje