Reklama

Reklama

Polski rząd prorosyjski? To kłamstwo jak z Orwella

Rolą opozycji jest atakowanie rządu. Jednak przypisywanie przez ludzi Donalda Tuska polskiemu rządowi prorosyjskości jest łgarstwem wręcz modelowo orwellowskim. Oczywistym. Pozornie niemożliwym. To, że jakaś część społeczeństwa to łyka, pokazuje, jak daleko znaleźliśmy się od jakiegokolwiek rozsądku.

"Ryzykujemy, że wszystko, co nam zostanie, to społeczeństwo konsumpcyjne i kultura relatywizmu - kultura, która utrzymuje, że każda teoria, choćby nie wiem, jak nie stworzona, jest równie dobra" - napisał w swojej najnowszej książce "Cywilizacja, Zachód i reszta świata" Niall Ferguson, jeden z najwybitniejszych żyjących historyków. 

Trudno o lepszy przykład na tę tezę, jak wykorzystywane już powszechnie jako standardowe narzędzie polityki fake newsy. Ale jednak próba wmówienia jakiejś części Polaków, że rządzący działają na rzecz Władimira Putina, mają związki z Rosją, albo są wręcz rosyjską agenturą przekracza standard politycznego kłamstwa. Jest kłamstwem tak ewidentnym, wydawałoby się, że oczywistym, że nie łyknie go nawet żaden najsilniejszy razem ze wszystkich "silnych razem". Jak pokazuje jednak kwerenda mediów społecznościowych - na jakąś część najbardziej zacietrzewionego elektoratu działa.

Reklama

Wszystko dla niepoznaki

Chyba że się mylę. Chyba że tylko dla niepoznaki Antoni Macierewicz, przedstawiany już od kilku lat przez orbitujących wokoło PO publicystów jako rosyjski agent wpływu, powołał Wojska Obrony Terytorialnej. Formację wówczas przedstawianą przez opozycję jako pisowska policja polityczna, w najlepszym razie fanaberia, a dziś, patrząc na to, jak toczy się wojna na Ukrainie - ewidentnie zwiększającą nasze bezpieczeństwo.

Chyba że też dla niepoznaki rozwijaliśmy karabinki Grot - tak krytykowane przecież. Pozyskaliśmy technologie udoskonalające zestaw przeciwlotniczy Grom, czyli zestaw Piorun. Budowaliśmy armatohaubice Krab. Wszystko to robiliśmy, bo nakazywał to rząd, który w ten sposób chciał ukryć swoją głęboką prorosyjskość. Dlatego też ten sprzęt służy tak dobrze Ukraińcom. Dlatego też wysyła on dziś gigantyczną pomoc dla Ukrainy, organizuje wsparcie dla milionów uchodźców, zbiera podziękowania od ukraińskiego prezydenta.

Nie dość tego, najwyraźniej w kamuflażu bierze udział i rosyjski dyktator, który pod kątem naszych władz miota gromy, a jego propaganda oskarża je nawet o sabotowanie poboru w republikach azjatyckich, o spaleniu mostu kerczeńskiego i udziale w odbijaniu kolejnych terytoriów nie mówiąc.

Perfekcyjny kamuflaż. I naprawdę jest jakaś grupa rodaków, która zaczyna w to wierzyć.

Terapia kłamstwem

Sprawa jest dość prosta do wyjaśnienia. Większość Polaków gorąco popiera Ukrainę w jej walce i jest wściekła na Rosję za jej morderczą agresję. Równocześnie część z nich nie znosi obecnej władzy. W momencie, gdy ta władza tak mocno angażuje się po stronie Ukrainy, grupa ta odczuwa bardzo silny dyskomfort psychiczny. "Dlaczego ludzie, których tak bardzo nie lubię, robią rzeczy, na których mi zależy"? Powstaje tak zwany dysonans poznawczy. Nieprzyjemne uczucie, gdy nasze poglądy nie wytrzymują próby czasu, gdy fakty im przeczą. Dysonans z reguły w końcu jest przezwyciężany na dwa sposoby. Albo odrzuca się niewygodne fakty, albo zmienia poglądy. Temu drugiemu Donald Tusk i jego propagandyści musieli za wszelką cenę zapobiec.

I stworzyli narrację mówiącą tym, że w gruncie rzeczy PiS, Mateusz Morawiecki, Andrzej Duda są prorosyjscy. Tylko się z tym kryją. Używano przy tym argumentu, że utrzymują oni kontakty z partiami europejskiej prawicy, w niektórych przypadkach proputinowskiej. Tyle że sam Donald Tusk podczas wyborów węgierskich przybijał piątki z liderem radyklanego i do niedawna jawnie faszystowskiego Jobbiku. Z kolei włoska premier Giorgia Meloni, którą tak straszono, potępiła rosyjską agresję i została ciepło przywitana przez prezydenta Zełenskiego. Polityka europejska jest bardzo skomplikowana i każdemu można przypisać kontakt z jakimś "kumplem Putina". Znajdują się tacy i wśród europejskich socjalistów, a przede wszystkim do niedawna bardzo dwuznaczna w tej sprawie była polityka Niemiec i Francji. Realnym testem jest sytuacja wojny i to, jak władze danego kraju się zachowują. A w Europie nie ma dziś bardziej proukraińskiego rządu niż w Warszawie.

Warto dodać, że do niedawna przecież część naszych publicystów i niektóre środowiska polityczna, przede wszystkim zbliżone do Konfederacji krytykowały rząd za zaangażowanie na Ukrainie. Całkowicie się z tym nie zgadzam, uważam, że to wspieranie rosyjskiej propagandy - pisałem o tym nie raz w Interii. Ale przyznać trzeba, że przynajmniej punkt wyjścia jest prawdziwy - Polska rzeczywiście zaangażowała się tak mocno jak się dało.

Nienawiść doda ci skrzydeł

Wydawało się, że się nie da. Że to zbyt karkołomne. Że to kłamstwo ma za krótkie nogi. A jednak się udało. Jak widać, w przypadku wielu dysonans został przezwyciężony. Czy jest ich dostatecznie wielu? Czy nie jest to metoda obliczona tylko na to, by scementować najbardziej wiernych? By nie tracić fundamentu, jakim są ci, dla których jedynym programem politycznym jest nienawiść do PiS? Czas pokaże.      

A czy taktyka przypisywania surrealistycznie wręcz nieprawdziwych postaw przeciwnikom politycznym się sprawdzi i pogłębi? Stefan Kisielewski pisał, że kłamstwo wynika ze zwątpienia w atrakcyjność prawdy. Chyba jedyną szansą by odwrócić obecny trend jest to, że duża część elektoratu uzna jednak, że prawda jest ciekawsza niż kłamstwa. Nawet te, w które bardzo chcą wierzyć, ale są tak daleko idące, że po prostu się nie da. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy