Reklama

Reklama

​Polsce nie pomogą ani kosmici, ani UE, jeżeli sama na to nie pozwoli

Chcemy pomóc Polsce i Polakom - przekonywali niemieccy, w większości, politycy dzierżący dziś władzę w Unii Europejskiej, w starciu z sugestywnie przekonującym do "Europy równych i podmiotowych państw" polskim premierem. Tyle że to po prostu niemożliwe. O ile w medycynie być może jest to możliwe, to w relacjach między suwerennymi krajami nie da się komuś pomóc bez jego zgody.

Teoretycznie istnieje pewne prawdopodobieństwo, że już za chwilę w ludzkie sprawy zaangażuje się nieziemska cywilizacja, rozwiązując wszystkie nasze problemy. Teoretycznie istnieje też pewne - nawet policzalne - prawdopodobieństwo, że kilka razy z rzędu trafimy "szóstkę" w Lotto. Teoretycznie, pijana osoba, siedząc po raz pierwszy za kierownicą samochodu może przemierzyć Europę autostradami, przekraczając przy tym prędkość. Trudno jednak znaleźć przykłady. Zaletą nauki historii jest to, że oferuje ona nam metodę porównawczą - praktyczną, czyli bardzo prostą konstatację, że jak coś się działo za każdym razem, wielokrotnie powtarzało w przeszłości, to teraz pewnie też tak będzie. A jeśli coś się nie działo, to i tym razem się nie stanie.

Reklama

Oczywiście, zdarzają się cuda i wielkie przełomy, ale są one dużo, dużo rzadsze niż działanie ustalonych reguł. Zdarzają się też mity. Takie jak - budowana dziś narracja - o rzekomym wyzwoleniu Niemców od nazistowskiej władzy. Niemcy po prostu przegrały wojnę, którą rozpętały, straciły miliony ludzi, ogromne terytoria, a marzenia o dominacji, tak jak miasta, legły w gruzach. W 1945 roku Niemcy były wielkim, historycznym przegrywem, a nie żadnym terytorium wyzwolonym. Zgodnie z regułą.    

A ta reguła jest taka, że w historii Europy nigdy, ale to nigdy, nie zdarzyło się, by jakiemuś krajowi lub ludowi pomogli inni, działając wbrew jego władzom i tym bardziej dużej części społeczeństwa. Tym bardziej, nigdy się nie złożyło tak w relacjach polsko-niemieckich, choć już na wstępie były one okraszone deklarowaną troską i chęcią autentycznej chrystianizacji udających tylko chrześcijan pogan, a potem niesienia kaganka oświaty "Irokezom Europy".

Wczoraj Manfred Weber, Ursula von der Leyen i powtarzający ich tezy inni europejscy politycy przekonywali, że ich intencją nie jest uderzenie w Polskę i Polaków, a w polski rząd, co więcej, że oni są w stanie zapewnić ochronę interesu owych Polaków wbrew temu rządowi. Dlatego są skłonni użyć międzynarodowych mechanizmów finansowych czy instytucji prawnych, by zmusić Polskę do określonych działań. Być może - choć osobiście w to wątpię - mówiący to, nawet przez chwilę wierzyli w swoje słowa. Tyle że prosta - wymieniona wyżej - metoda porównawcza nakazuje wątpić w ich słowa.

- Ależ nie chodzi o Niemcy a o Komisję Europejską, TSUE, inne instytucje, które są międzynarodowe, troszczą się o wszystkie kraje Europy - odpowiedzieliby przyklaskujący "europejskim liderom" politycy polskiej opozycji. W takim razie niech znowu zastosują metodę porównawczą i pokażą, kiedy to sprawy międzynarodowe były ważniejsze dla polityków państw niż interes ich własnych narodów. Czy to w czasach Ottona III, uczty u Wierzynka, Kongresu Wiedeńskiego, Wersalskiego, Ligi Narodów czy UE dla Niemców najważniejsze były sprawy niemieckie, dla Włochów włoskie, dla Francuzów francuskie. Bez względu na ile ich rozumienie pojęcia narodu czy tam państwa było tożsame z dzisiejszym. I nie ma co się oburzać, to niemiecki elektorat zdecydował o funkcji Webera, a niemiecki lobbing polityczny o posadzie von der Leyen i ich interesy po pierwsze reprezentują. Jak się zresztą komuś nie chce sięgać do historii, niech spojrzy na Nord Stream.

Oburzać się można za to na coś innego. Na to, że duża część naszej elity politycznej i dziennikarskiej nie jest w stanie zrozumieć, że własne problemy załatwia się na własnym podwórku. Skutecznie wykorzystają to ci, którzy to z kolei aż nadto dobrze rozumieją.    

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje