Reklama

Reklama

​Podróż Morawieckiego pokazuje, że wspólne interesy są lepsze od miłości

Europejski objazd Mateusza Morawieckiego powinien trwale przypomnieć rządzącym formacjom na Zachodzie, ale też w Polsce, co tak naprawdę powinno łączyć Europę. Nie wzajemne połajanki i "przywracanie standardów" na jej wschodzie lub moralne nawracanie zachodu, a wspólne interesy i bezpieczeństwo.

Oto nagle nie mamy już w niemieckiej prasie wyłącznie typowego dla naszych zachodnich sąsiadów narzekania na "Polnische Wirschaft" - nasz rzekomy wrodzony brak organizacji, skłonność do łamania cywilizowanych standardów, dzikość, rodzące konieczność interwencji cywilizowanego świata reprezentowanego przez niemiecką politykę. Przecież to rzecz w gruncie niezmienna od wieków, choć dziś ubrana w brukselskie eufemizmy i unijną nomenklaturę. Nagle, naprawdę nie zawsze nam przychylna, niemiecka agencja DPA cytuje szefa polskiego rządu krytykującego rozmowy Angeli Merkel z Alaksandrem Łukaszenką i nie budzi to większego sprzeciwu. Z kolei dziennik "Suddeutsche Zeitung" pisze, że należy przestać traktować Polaków jak "nieznośne bachory". Dosłownie, a przecież to jest właśnie dokładnie "Polnische Wirtschaft" stosowane z upodobaniem w przeszłości przez kanclerzy i pruskich władców. Gazeta pisze też, że atakowanie nas za obronę granic jest obłudą.

Reklama

Podobnie działo się w innych krajach. W ciągu kilku dni usłyszeliśmy ogromną ilość deklaracji o solidarności wsparciu w obronie naszej granicy atakowanej "żywą amunicją", czyli zwiedzionymi nieszczęśnikami z Iraku. Ale też o potrzebie wspólnego powstrzymywania groźby rosyjskiego ataku na nas, w końcu o tym, że należymy do wspólnego obszaru bezpieczeństwa. Że ono nas łączy.      

Da się? Da się. Da się sprawić, by kraje Europy Zachodniej nie traktowały Polski jak niesfornego dziecka i odreagowywały na niej wszystkie własne problemy i kompleksy, a zrozumiały, że bazowe interesy mamy te same. Da się też sprawić, by rządząca formacja nie przyjmowała stanu półizolacji jako permanentnego i niemożliwego do przezwyciężenia. Ale w tym celu musi być spełnionych kilka warunków i kilku działań należy uniknąć.

Przecież Morawiecki mógł, w stylu sporej części polskiej prawicy, zamiast zaliczać po kilka spotkań dziennie w całej Europie, wystąpić na konferencji w Warszawie. Stwierdzić, że nas zdradzono, nikt nam nie pomoże, a do tego Belgowie służyli w Waffen SS, Brytyjczycy odpowiadają za kolonializm, a Holendrzy mają eutanazję, więc i my nie będziemy z nimi gadać. Nasi zachodni partnerzy mogli stwierdzić, że znowu łamiemy jakieś tam reguły, nasz rząd im się nie podoba, a kraje Grupy Wyszehradzkiej i inne w naszym rejonie w najlepszym razie mogły nabrać wody w usta by nie oberwać jak Polska. Może to ciut przerysowane, ale czy nie tak to często wyglądało ostatnio?

Angela Merkel, Emmanuel Macron nagle się nie zmienili. Borys Johnson nie przestał być nagle zdystansowany w ogóle wobec problemów "kontynentu" i nie przestał być pobrexitowym premierem. Ale ktoś do nich przyjechał i w dorosły sposób porozmawiał, i ktoś przygotował te wizyty. Nie jak ci, którzy kiedyś jeździli po instrukcje, i nie jak ci, którzy potem jeździli już tylko po to, by pokazać w kraju, że jeszcze gdzieś jeżdżą, ewentualnie by wręczać - Bóg wie czemu - belgijskiemu politykowi zdjęcia zniszczonej Warszawy.

Trudo też wyobrazić sobie skuteczność podróży Morawieckiego bez samodzielnej, skutecznej polityki polskiej na wschodniej granicy, czyli tego, czego chyba już trwale nie jest w stanie pojąć PO i towarzyszący tej partii komentatorzy. Że najpierw trzeba pokazać, że samemu ma się siłę, determinację i środki by rozwiązywać problemy, by inni chcieli rozwiązywać je z nami. Nie ma w historii wielu przykładów państw, które byłyby przez dłuższy czas skazane na pomoc innych i długo przetrwały. Z reguły kończy się to zarówno polityczną podległością jak i drenażem ekonomicznym. Współdziałanie ma sens, jak każdy coś do niego wnosi. Polska - po tym co pokazała w ciągu ostatnich miesięcy - może wnieść bardzo dużo.    

Istotą zjednoczonej Europy nie miało być to, że wszyscy będziemy mieć takie same prawo pracy, rozwiązania konstytucyjne, obyczaje, normy moralne albo interpretację historii, a to, że wspólne przeciwstawimy się zagrożeniom. Może ta świadomość zagości przynajmniej w niektórych głowach na dłużej, zanim car Władimir Putin nie zrobi porządku z Ukrainą, a potem nie skieruje się na zachód, północ, czy gdzie mu się żywnie będzie podobało podczas, gdy my będziemy zajęci naszymi plemiennymi sporami, pomiędzy różnymi frakcjami w Unii lub w kraju. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy