Reklama

Reklama

Parada równości? Raczej seksu i kasy

Gdyby organizatorzy tegorocznej Parady Równości mieli wybrać uczciwie hasło idealnie pasujące do ich imprezy to powinny być to słowa szlagieru Maryli Rodowicz sprzed lat o tym, że "to co nas podnieca, to czasem też jest seks, a seks plus pełna kasa, to wtedy sukces jest". Tyle, że do dwóch poprzednich należałoby jeszcze dołożyć władzę. I przestać udawać, że chodzi o jakieś prześladowania.

Nie mam nic ani do pierwszego, ani do drugiego, ani do trzeciego. Wszystko to naturalne ludzkie potrzeby znakomicie uporządkowane swojego czasu w formie piramidy przypisywanej (ponoć niesłusznie) niejakiemu Maslowowi. Pieniądze pozwalają zapewnić szereg potrzeb fizjologicznych, najważniejszych, jak jedzenie, ciepło, spanie, bezpieczeństwo. Seks jest zdecydowanie najprzyjemniejszą z pierwszorzędnych potrzeb, w dodatku pieniędzy nie wymaga. Nie wiadomo, dlaczego ma aż tylu wrogów zarówno wśród ultrakonserwatywnych bigotów, jak i lewicowych postępowych reformatorów, którzy próbują go zideologizować, narzucając wszystkim swoje wzorce. Historia naszego gatunku pokazuje, że dążenie do władzy jest także dość naturalne. Tylko dlaczego ubiera się to wszystko w otoczkę jakiejś walki społecznej z prześladowaniem, wyjścia z katakumb, marszu ludzi wykluczonych?

Reklama

Jeśli wsłuchać się w głos organizacji spod znaku LGBT, czy jaką ten skrót ma teraz formę, mamy do czynienia z prześladowaniem niemal totalnym, zakotwiczonym głęboko w jakiejś mrocznej naturze naszego społeczeństwa. Osoby o innych niż heteroseksualne upodobaniach to jakaś zgnębiona, ukrywająca się grupa, piszcząca z biedy, wyzysku i państwowej oraz społecznej opresji. Trudno to zrzucić wyłącznie na rządy prawicy, bo przecież podobnie sytuację przedstawiano za czasów liberalnych poprzedników obecnej władzy. Parę spraw jednak w tej sytuacji dziwi.

Sam krótki przegląd tego, kto bierze udział, współorganizuje, afiszuje się i przede wszystkim dokłada do tegorocznej parady. Grono największych globalnych instytucji finansowych. Najbardziej dynamiczne i najbogatsze banki amerykańskie. Największa platforma streamingowa, najwięksi producenci chemiczni, żywności, wielkie koncerny medialne. Pr-owcy korporacji tłumaczą z przejęciem, że zaangażowanie ich firmy to nie tylko taka sprawa "taktyczna", że robią to z serca, bo to bliskie wielu pracownikom, także z najwyższego menadżmentu. Toczą konkurencję w uwiarygadnianiu się. Firmy niedostatecznie obecne tłumaczą się, dlaczego ich nie ma. Parada Równości staje się dla biznesu korporacyjnego tym czym w okresie PRL był pochód pierwszomajowy. Dyrektor kombinatu czy prezes zrzeszenia dobrze wiedzieli, że nieobecność będzie profesjonalnym pocałunkiem śmierci.

Ok. Uważam, że każdy ma prawo demonstrować, także ci, którzy chcą wprowadzania innych rozwiązań prawnych czy politycznych niż ja. Nie domagam się, jak niektórzy wobec innej demonstracji - listopadowej, zakazu przemarszu. Uważam też, że korporacje mają prawo łożyć pieniądze, na co im się podoba. Niech akcjonariusze i klienci je z tego rozliczają. Ale ja też mam prawo uznać tę imprezę za marsz wielkiej hipokryzji.

Słusznie zauważył lewicowy aktywista Jan Śpiewak, że część z tego biznesu nie ma problemu z robieniem interesów w dzisiejszej Rosji. Część nie ma problemu z wykorzystywaniem dzieci w fabrykach w Azji Środkowo-Wschodniej. Część ochoczo zarabia w krajach, gdzie prześladowanie homoseksualistów nie polega na nie dość wysokich dotacjach, a na zabijaniu, gdzie urodzenie się kobietą oznacza piekło na całe życie, gdzie nie przestrzega się żadnych, podstawowych, ogólnie przyjętych na świecie ludzkich praw. Pieniądze są ważniejsze. A je zarabia się i prowadząc sprzedaż w Moskwie, i korzystając z fabryk w Bangladeszu i uczestnicząc w warszawskiej Paradzie Równości walcząc z uciskiem, którego tu tak naprawdę nie ma i na przestrzeni dziejów zawsze było go mniej niż w innych krajach Europy. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy