Reklama

Reklama

Od fajności do śmieszności jeden krok - lekcja Rafała Trzaskowskiego

Możesz budzić grozę, możesz być członkiem dawnego aparatu komunistycznego, możesz łgać w żywe oczy i zmieniać poglądy. Możesz kpić z innych, wzywać do nienawiści, być hipokrytą, ale samemu nie wolno ci być śmiesznym. Polska historia najnowsza pokazuje, że elektorat nie wybacza przede wszystkim błazenady, śmieszności, niedojrzałości. I tu przede wszystkim leży problem z "dupiarzem" Rafała Trzaskowskiego.

Szczerze mówiąc, sam fakt użycia słowa "dupiarz" mnie nie obrusza. Jest to tym łatwiejsze, że nie jestem ani wojującą feministką, ani gniewnym kaznodzieją walczącym o czystość językową, ani moralizatorem grzmiącym nad zepsuciem naszych czasów. Dupiarz to dupiarz, a jak ktoś autoironicznie w odniesieniu do siebie tego określenia użyje, to może nawet świadczyć o dystansie do siebie, rzadkiej cesze w naszej rzeczywistości. O ile nie jest prezydentem Warszawy, o ile nie zrobi tego w audycji w publicznym medium, o ile potem sam nie będzie się zaśmiewał z własnego dowcipu szczęśliwy, że udało mu się należycie podlizać prowadzącym prezentującym "wyluzowaną" pozę. Wtedy robi się słabo. I to jest właśnie przypadek Rafała Trzaskowskiego.

Reklama

Głupie słówko, tania przechwałka rzucona pod publiczkę, może się dla prezydenta Warszawy okazać kosztowna. Co prawda przeprosił. Pewnie to trochę udobrucha lewicę, do której blisko w końcu Trzaskowskiemu, obruszoną "instrumentalnym traktowaniem kobiet", choć uczciwie mówiąc prezydent nie określił dokładnie płci w odniesieniu do której owa skłonność miała się objawiać. Gorzej z inną sprawą. Facet, który coś takiego wygłasza prezentuje się jako człowiek niepoważny, nie do końca kontrolujący to co mówi, dziecinny, niedojrzały, nieodpowiedzialny. A to szerokie głosujące masy razi, śmiem twierdzić - najbardziej.

Bo przecież, jak niegdyś napisał w tytule swojego opowiadania pisarz Alan Dean Foster, "Polacy to ludzie łagodni". Nasz elektorat przebaczał swoim wybrańcom wiele. Ewidentne łgarstwa, choćby w sprawie wykształcenia, współprace z komunistyczną bezpieką, dziwne interesy, lobbing, wywiady oczerniające własny kraj za granicą. Naprawdę granice tolerancji mamy daleko przesunięte. Ale błaznów, pajaców, postaci, które sam siebie ośmieszają nie lubimy. Charakterystycznym przykładem jest lot w dół Kazimierza Marcinkiewicza, niezwykle popularnego premiera, o którym mówiono, że może być przyszłym prezydentem. Kompletne zagubienie w życiu prywatnym i różne marnie wyglądające zachowania z tym związane wyznaczyły równię pochyłą.

Ci politycy nie wystrzegali się wpadek

Pozostając przy premierach, to chyba nieporadność w sytuacjach międzynarodowych i krajowych wykończyły wizerunkowo Ewę Kopacz bardziej niż polityczna nieporadność w kwestii bezrobocia, imigracji czy Nord Streamu. Małgorzacie Kidawie-Błońskiej drobne, ale budzące politowanie wpadki uniemożliwiły start w wyborach w ogóle. "Wujowa" wyniosłość, która zamieniła się w śmieszność, nie dopomogła Bronisławowi Komorowskiemu w konkurencji z mniej znanym, ale wówczas dynamicznym i bezpośrednim Andrzejem Dudą. 

Byli w Polsce i politycy tacy jak Marek Migalski, którzy od początku zapowiadali się na to, czym się skończyło. Samo błazeństwo mogło zaciekawić, ale na dłuższą metę nie mogło zbudować stabilnej konstrukcji. Dla Jacka Protasiewicza, niegdyś przecież jednej z najważniejszych postaci układu władzy, mordercza okazała się poalkoholowa kłótnia na bramce na niemieckim lotnisku. W sumie przecież, dla zwykłego człowieka, to nic takiego. Dla polityka - killer. Śmieszność wykańczała zresztą i poważniejszych ludzi. Jednej z najbłyskotliwszych postaci polskiej polityki, Janowi Rokicie, najbardziej zaszkodziła awantura w samolocie o płaszcz położony w business klasie. 

Łatka pozostanie

Głupie słówko, przechwałka w stylu młodego kogucika rzucona w radiu, może się okazać dla Rafała Trzaskowskiego poważnym problemem. Osłabiać jego szanse na reelekcję czy na konkurowanie o prezydenturę kraju. Problemem poważniejszym niż kwestie corocznego zanieczyszczania Wisły ściekami, budzących wątpliwości inwestycji, chaosu, nieradzenia sobie z opanowaniem komunikacji miejskiej czy wywózki śmieci. Tak to już jest.

Na pocieszenie dla prezydenta Warszawy pozostaje to, że nie jest sam. Przecież właśnie rozkręca się kolejna afera z ministrem Michałem Cieślakiem, który tak skutecznie doniósł na naprzykrzającą się mu naczelniczkę poczty, że z niej zrobił medialną bohaterkę, a sam został antybohaterem i raczej szybko tego nie zmieni. Jak widać śmieszność bywa ponadpartyjna, a bardzo często prowadzi do niej nadmiar fundowanej przez władzę i błysk fleszy sodówki.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy