Reklama

Reklama

​Niezawiśli sędziowie w PRL, czyli projekcje profesora Rzeplińskiego

Przykro patrzeć jak w ferworze walki politycznej gubi się już nie tylko zdrowy rozsądek, ale i zanika pamięć ludzka. Jeszcze trochę i dowiemy się, że PRL był wzorcem z Sevres praworządnego państwa. Już słyszymy - i to od profesorskich głów - o szczególnej niezawisłości i przyzwoitości sędziów w tym czasie.

Bzdurę tę powtórzył podczas lewicowego "Tour de Konstytucja" profesor Andrzej Rzepliński, co by nie mówić, prawnik prominentny i mający zapewne wpływ na poglądy i wiedzę wielu osób w Polsce. Pomstując na obecne rządy, Rzepliński stwierdził, że w "PRL większość sędziów orzekała niezawiśle, władza się do nich nie wtrącała". Na obronę byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego dodajmy, że jest to opinia, która powielana jest od lat, a niestety rozpoczął ją poczciwy acz naiwny Adam Strzembosz w latach 90. w czasie debaty nad lustracją stanu sędziowskiego. Wedle tego, powielanego regularnie poglądu, niemal wszyscy sędziowie w PRL to byli ludzie etosu i niezależności, oddzielający prawdę od fałszu niczym Sokrates i niezależni jak starożytny Katon, a zaledwie wąska, wyselekcjonowana grupa politruków zajmowała się wyrokami politycznymi.

Reklama

Nie podlegałem sądownictwu PRL, bo żyłem w nim tylko jako dziecko. Ale nie trzeba być ani znawcą prawa, ani wybitnym ekspertem od historii, by pojąć, że jest to w najlepszym razie projekcja starszych osób, które idealizują przeszłość, by tym bardziej w czarnych barwach zarysować teraźniejszość. Do tego jest to - także w najlepszym razie - przejaw niezdrowej solidarności z elitarną grupą zawodową, w której znajdują się wciąż czasem osoby, które za komuny orzekały, a jeszcze częściej ich dzieci lub bliscy krewni. Wystarczy sobie pewne rzeczy policzyć.

Na początek weźmy tę niezawisłość sędziowską, czyli w uproszczeniu to, że wydający wyrok nie czuje na sobie siły nacisków, nie boi się potencjalnych konsekwencji, funkcjonuje w państwie, w którym jakiegokolwiek wyroku by nie wydał, to nie spotkają go za to konsekwencje polityczne. Czy faktycznie PRL taki był? Rozumiem, że parę spraw poszło w zapomnienie, ale warto przypomnieć, że tajne zabójstwa przeciwników władzy zaczęły się jeszcze przed uformowaniem rządu lubelskiego w 1944 roku, a ostatnie najprawdopodobniej miały miejsce jeszcze po czerwcu 1989 roku. Czy faktycznie w państwie, w którym przez cały niemal czas w celach znajdowali się więźniowie polityczni, gdzie przez cały czas działalność opozycyjna groziła oskarżeniem o szpiegostwo, czyli możliwą karą śmierci, można mówić o jakiejkolwiek niezawisłości? Owszem, wyroki za zaśmiecanie albo pijaństwo w pracy były być może łagodne albo zgodne z kodeksami, część spraw cywilnych rozstrzygano uczciwie, ale i w Trzeciej Rzeszy wiele pomniejszych spraw rozstrzygano zgodnie z przepisami. Co to za argument?

Nie wiem, czy Andrzej Rzepliński definiuje PRL tak jak go potocznie rozumiemy - czyli ustrój od 1944 roku. Jeśli tak, to do końca okresu stalinowskiego wydano kilkaset tysięcy politycznych wyroków, w tym trzy i pół tysiąca wyroków śmierci. Większość na przeciwnikach politycznych komunistycznej władzy. Być może profesorowi chodzi jednak o okres od 1952 roku. Wtedy PRL się formalnie zaczął (wcześniej była Polska Ludowa), i wciąż dokonywano spektakularnych zbrodni sądowych jakimi były proces księży z kurii krakowskiej czy biskupa kieleckiego Kaczmarka. Co prawda generała Augusta Nila-Fieldorfa skazano na dwa miesiące przed formalnym powstaniem PRL, ale stracono już w PRL. 

No dobrze, a może profesorowi chodziło o sądownictwo późniejsze - to z którym miał już do czynienia? To, które w stanie wojennym wydało kilkanaście tysięcy wyroków politycznych, i które swoją drogą, decydowało choćby o bezpodstawnym przedłużaniu aresztu guru środowiska, do którego należy dziś Andrzej Rzepliński - Adamowi Michnikowi? To, które chroniło morderców opozycjonistów czy zamordowanych z esbeckiego sadyzmu dzieciaków, i które skutecznie chowało wspólne brudy pod dywanem zachowując elitarny status przez cały okres komuny? Przecież do takiej liczby wyroków nie wystarczała jakaś wyselekcjonowana elita.

Wszyscy sędziowie w PRL orzekali w warunkach komunistycznej dyktatury, podległości sowieckiemu sąsiadowi i obowiązującej ideologii. Nie wątpię, że wielu z nich starało się przy tym zachowywać przyzwoicie, choć tego ilu było tych przyzwoitych, a ilu nie, nikt nie policzył i jakoś nie chce liczyć. Jednak porównywanie tamtych czasów do naszych jest jak lansowanie Jerzego Urbana. W najlepszym przypadku przejawem niezdrowego wtórnego infantylizmu. Niestety dość powszechnego i zdecydowanie niezdrowego.            

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje