Reklama

Reklama

​Niepodległość w klatce

A więc mamy Święto Niepodległości, Marsz Niepodległości i tradycyjną listopadową polsko-polską naparzankę. Pozostając przy samej niepodległości. Szkoda, że ta najważniejsza jednak dla wielu pokoleń wartość, dziś dla wielu nią nie jest.

Pamiętam, że kiedyś czytałem, niestety autora nie jestem w stanie odnaleźć, tekst czy wpis o walkach w klatce. Ich zaletą, zdaniem wspomnianego współczesnego Galla Anonima, miało być to, że przenoszą emocje, nerwy, dzikie instynkty, zew i żądzę krwi, ze świata społecznego w świat sportowy. Mówiąc krótko - lepiej, żeby zainteresowani ochotnicy tłukli się w klatkach do nieprzytomności, niż żeby ludzie dźgali się nożami na ulicach. Nie mam przekonania co do tej tezy. Moim zdaniem, jedno drugiemu nie wadzi, a z dużą dozą prawdopodobieństwa oglądając jedne, doczekamy drugiego. To co dzieje się dziś wokoło Święta Niepodległości jest najlepszym przykładem.

Reklama

Żeby było jasne, nie wszyscy są zwolennikami tego, by najważniejsze polskie święto patriotyczne obchodzić właśnie w tym dniu. Przecież - podnoszą niektórzy - powinniśmy obchodzić rocznicę chrztu Polski. To, twierdzą, prawdziwy początek państwa polskiego. W dodatku - nie dość, że prawie tysiąc lat starszy, to jednoznacznie wskazujący na akcesję do zachodniej, katolickiej wówczas, wspólnoty. Problem z chrztem jest jednak taki, że ustalenia co do jego szczegółowej daty są nadal bardzo sprzeczne. Nie dość tego, tak naprawdę nie do końca mamy pewność co do miejsca, w którym Mieszko ochrzcił siebie i swój kraj, a także tego co tak naprawdę wówczas uczynił. To problem z 966 rokiem, który zresztą być może był rokiem 965. Z rokiem 1918 jest dużo prościej.

Oczywiście, podnosiły i lewica i prawica, masę argumentów przeciwko. Dlaczego akurat 11? Przecież wcześniej powstał rząd Daszyńskiego, przecież porozumień międzynarodowych podpisano w tym czasie wiele, przecież... Moim zdaniem w 11 listopada, właśnie w tej dacie, jest coś fantastycznego. Oto w Warszawie przejmował władzę Józef Piłsudski. Jego największy wróg, nazwijmy go "prawicowcem", narodowiec Roman Dmowski, wynegocjował mocne uwzględnienie sprawy polskiej podczas podpisywania rozejmu w słynnym wagonie kolejowym we francuskim Compiègne. Dlatego ma dziś rondo w środku Warszawy i jak najbardziej na nie zasługuje. Rzadko w czymś się zgadzam z Adamem Michnikiem, ale w tej sprawie tak. W tym samym czasie, wspomniany "lewicowiec" Ignacy Daszyński, choć miał zupełnie inny pomysł na Polskę, przekazał Piłsudskiemu władzę.

Wcześniej i później ich ludzie się zabijali. Zginął prezydent, doszło do krwawego przewrotu politycznego, tłuczono się i strzelano na ulicach, wsadzano do więzień. Ale wtedy wszyscy oni stanęli razem, bo niepodległość Polski była dla nich kluczowym "kejpiajem" - jak to mawiają w dzisiejszych korpo o najważniejszym celu. O resztę można się było pozabijać, ale ten jeden cel był wspólny. Dlatego 11 listopada przed wojną świętowali wszyscy, choć kłócili się o zasługi. 

Nie mam wrażenia, że teraz też tak jest. Byliśmy świadkami tradycyjnej, corocznej awantury o Marsz Niepodległości, organizowany przede wszystkim przez środowiska narodowe. Na drodze marszu stanął prezydent Warszawy. Jednak co dość charakterystyczne, oprócz tego, że chciał go zablokować, nie przedstawił żadnej alternatywy, nie zaprosił na żadne swoje obchody. Z politowaniem patrzyłem na "czekoladowe orły" Bronisława Komorowskiego i nudzi mnie pisowska poprawność w polityce historycznej, ale jednak to były jakieś propozycje. Dziś mamy już coraz większą ilość polityków, którzy już nawet nie udają, że niepodległość, wolność, i wszystko to co łączyło Polaków, mają w ofercie. Przestali nawet dawać złudzenia, że to ich obchodzi. I to jest tak naprawdę dużo większy problem współczesnej Polski niż przemarsz tej czy innej grupy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne