Reklama

Reklama

Nie pamięta Tusk, jak sam premierem był?

Ataki Donalda Tuska na politykę ekonomiczną Mateusza Morawieckiego zaczynają przypominać retorykę byłych prominentnych działaczy PZPR - Dariusza Rosatiego czy Włodzimierza Cimoszewicza, którzy dziś swoim przeciwnikom ubliżają od komunistów. Platforma przegrała wybory nie dzięki jakiemuś satanicznemu geniuszowi PiS, bo go nie było. Przegrała przez fatalną i bierną politykę gospodarczą. Podobnie jak PiS wygrał w 2019 roku dzięki sukcesom ekonomicznym, pomimo swoich wielu wad i słabości.

Odziedziczyli gospodarkę w doskonałym stanie. Kwitnącą, pozbawioną wielkich problemów społecznych, problemów. Ze zbilansowanym budżetem, szczęśliwym społeczeństwem. W sześć lat wszystko popsuli pomimo, że gotowe rozwiązania leżą na tacy, a sytuacja globalna sprzyja jak nigdy. Mówiąc krótko: niegospodarność, chaos, nieudolna improwizacja, na którą pomóc może tylko słuchanie rad płynących zza zachodniej granicy. 

Taki obraz najnowszej historii Polski miałby odbiorca ostatnich wystąpień Donalda Tuska. Były premier, w gruncie rzeczy od ręki, jest w stanie wszystkie te problemy rozwiązać. Gdyby on rządził, benzyna kosztowałaby około 4,6 złotego. Do faktu, że średnia unijna wynosi dużo, dużo więcej, w kilku krajach przekracza już równowartość 8 złotych, co prawda się nie odnosi. Nie odnosi się do tego, że wdrażany jest naprawdę szeroki pakiet antyinflacyjny, włącznie z czasową likwidacją części opodatkowania paliwa i energii - czy skuteczny zobaczymy. No ale to są już detale, nie musimy ich rozumieć. 

Reklama

On także byłby w stanie obniżyć dziś podatek VAT, zredukować inflację, wszystko to zrobić, zachowując inne ważne parametry, jak niskie bezrobocie, rosnący poziom zarobków, świadczenia socjalne, którym, jak się okazuje, dziś Platforma już się nie sprzeciwia, ba, twierdzi, że to ona je wymyśliła. I wszystko to może byłoby przekonujące, gdyby nie fakt, że ośmioletni okres rządów Donalda Tuska i jego późniejszej nominatki Ewy Kopacz nie całkiem przekonuje, że lider PO potrafiłby sprawić to wszystko, o czym opowiada.

Jeśli chodzi o inflację, to Donald Tusk miał wówczas prostą odpowiedź - nie ma guzika do obniżania cen, a tak w ogóle, to walka z rosnącymi cenami nie jest zadaniem dla rządu. W związku z tym jego obecna krytyka i wirtualne rozwiązania sprawdzające się przede wszystkim do jego świetnych kontaktów z Komisją Europejską są cokolwiek ekscentryczne. Jeszcze bardziej ekscentrycznie brzmi deklarowanie, że były premier obniżyłby VAT, uwzględniając, że go podwyższył na wszystko w 2011 r.

I w końcu sprawa najważniejsza. Rząd Donalda Tuska rządził w zupełnie innych czasach, kiedy kluczowym problemem naszego kraju było potworne bezrobocie sięgające 15 procent formalnie, a do tego w połączeniu z emigracją zarobkową i bezrobociem ukrytym dużo, dużo wyżej. PO nie była winna, że problem z bezrobociem nastąpił. Ale go bagatelizowała. Oprócz emerytur pomostowych nie zrobiono dosłownie nic, włącznie z utrzymywaniem absurdalnego stanu, gdzie pracowników ochrony zatrudniano na umowach zleceniach, czy nawet o dzieło. A projekt podniesienia wieku emerytalnego dla obu płci, uwzględniając kłopoty ze znalezieniem pracy dla osób po sześćdziesiątce brzmiał jak gotowa recepta na jego rozszerzenie.    

Inflacja, dość wysoka, bo taką dziś mamy, nie jest niczym przyjemnym. Jest bardzo nieprzyjemna. Powoduje, że nie wiadomo, co robić z oszczędnościami, że ludzie miotają się, by nie tracić pieniędzy, że panuje strach przed tym, jak wysoko ona sięgnie. Tyle że - oprócz globalnego drukowania pieniędzy w okresie covidowym - to także efekt tarcz, które pomogły przetrwać przedsiębiorcom, wysokiej produkcji przemysłowej, ruchu w gospodarce, a także... wysokiego zatrudnienia, jakie mamy. Inflacja nie jest niczym przyjemnym, ale w takich warunkach jest milion razy przyjemniejsza od społecznego marazmu, wykluczenia, wykończenia, poczucia beznadziei, rozbitych rodzin, jakie rodziło wysokie bezrobocie. Bezrobocie, które Donald Tusk akceptował, zapewne zakładając, że bezrobotni i zagrożeni bezrobociem to nie jego elektorat.    

Lider PO zachowuje się trochę tak jakby pamięć społeczna była pamięcią ulotną w komputerze, danymi, które znikają po odłączeniu zasilania, a tym zasilaniem jest kilka lat rządów przeciwnika. Losy wspomnianej na początku formacji postkomunistycznej, która samodzielnie nigdy się nie podniosła, dowodzą, że to nieprawda. I obecnie rządzący powinni o tym pamiętać. Bo za błędy i zaniechania, także w polityce personalnej, mogą słono zapłacić za kilka lat, tak jak Donald Tusk płaci dziś niepopularnością za swoją bierność i arogancję w czasach, gdy wydawało mu się, że wszystko może. 

Wiktor Świetlik

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL