Reklama

Reklama

Nasze polskie Bollywood

​Zdążyliśmy się zżyć z rodziną Stuhrów w końcu. Pradziad, słynny adwokat, w procesach bronił faszyzujących radykałów. Ojciec, wielki aktor i wielka rola w najbardziej niepoprawnym politycznie filmie wszechświata. A teraz pan Maciej ma wyjechać. Jakby w ramach pokuty za winy przodków, które odciskają się na kraju, którego on serdecznie ma dosyć ze względu na wybory polityczne największej głosującej grupy w ciągu ostatnich sześciu lat.

Reklama

"Komedia winna mieć akcję w jednym miejscu" - twierdził Antonio Riccoboni, renesansowy teoretyk poezji. Jestem przekonany, że tragifarsa, którą raczy nas od pewnego czasu Maciej Stuhr także planu nie zmieni - zakończy się nad Wisłą. Z faktu, że ktoś zacznie więcej czasu spędzać na Teneryfie albo Karaibach nie oznacza, że wyemigrował. Taka polityczna emigracja, symbol, gest, krzyk rozpaczy, powinna być konsekwentna jak ucieczki "prawdziwych lewicowców" z Zachodu do ZSRR. To powinno być zerwanie całkowite, pełne, a zarazem świadome konsekwencji. A nie jakieś półroczne wakacje przerywane pochałturzeniem w kraju, by zarobić na czynsz.

Reklama

Poważni ludzie wyjeżdżają naprawdę. Pamiętam, że takich ludzi opisywał Władimir Bukowski, niedawno zmarły rosyjski dysydent i wielki pisarz. W latach breżniewowskich wtrącano go do zakładów psychiatrycznych, gdzie diagnozowano u niego słynną "schizofrenię bezobjawową". W tych równie słynnych "psychuszkach" spotykał rozmaite barwne indywidua, a wśród nich francuskiego komunistę, który stwierdził, że nad Sekwaną prawdziwego komunizmu się nie zbuduje i uciekł do Rumunii. Tam stwierdził, że klasa robotnicza nie do końca rządzi i także ten komunizm nie jest dość komunistyczny, więc go wyrzucono, a on wybrał ZSRR. Gdy w Kraju Rad, który również go zawiódł, próbował zorganizować strajk, zdziwiono się i zamknięto go w psychiatryku. Można się śmiać z tej historii, ale trzeba przyznać, że facet był konsekwentny. No ale nie był aktorem, a nieaktorzy biorą świat na poważnie.

Aktorzy nie muszą. Nawet nie powinni. Grają. Wzruszają się, napawają własną emfazą, nadymają, gniewają, bądź kpią. Wszystko to gra. Tego uczą studia aktorskie, choć chyba nie ma przedmiotu, który uczyłby jak nie przenosić aktorskiej gry potem do realu. Szkoda, bo tu się zaczyna problem. Jakież, przepraszam, aktorzy mają szczególnie wyższe kwalifikacje, pozycję etyczną, sytuację życiową, by ich traktować inaczej, lepiej niż spawacza, kolejarza albo nauczyciela? Co wiedzą o ekonomii więcej od właściciela sklepu, jakież to mają wyższe predyspozycje do oceny moralnej kondycji narodu od taksówkarza?

Nie wiem. Mam raczej wrażenie, że większość z nich to średnio rozumie to co się dzieje, ale próbuje się ustawić i nie podpaść swoim znajomym, bo środowisko w ich świecie jest najważniejsze. Kalkulacja w tej branży musi zakładać relacje z władzą, jako jednym z płatników, a także z publicznością, jako drugim. Trzeba stwierdzić, że władza pisowska weszła ze środowiskami artystycznymi w swoisty niepisany układ z całym swoim awanturniczym talentem. Ona publicznie pomstuje na owe środowiska, one na nią, ale kasa z państwa płynie do nich jak płynęła.

Nie ma co się dziwić. W USA lat 60. aktorzy komunizowali, bo było to modne wśród artystycznych elit, a zarazem budowali fortuny w ramach najbardziej kapitalistycznego ustroju świata ochranianego przez młodych chłopców walczących w Wietnamie i naklejających sobie zdjęcia tych aktorów na ścianach. Brytyjski historyk Frank McDonough w swojej książce poświęconej dojściu Hitlera do władzy zwraca uwagę, że z ponad pięćdziesięciu czołowych postaci niemieckiego kina, z niemieckiego "rynku" w latach 1933 - 1934 wypadło zaledwie kilkanaście osób, w tym Żydzi, którzy szans nie mieli z zasady. Reszta ułożyła się z nową władzą, po stwierdzeniu, że pozycja hitlerowców jest trwała, widownia ją wspiera, a protest może się źle skończyć. Nasi gwiazdorzy - w większości - zarabiali krocie w czasach Gomułki czy Gierka, ale zbuntowali się przeciwko Jaruzelskiemu, bo ich widownia, większość społeczeństwa, się zbuntowała. Zarazem część zaczęła z cichacza pisać miłe liściki do generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka przekonując, że oni w sumie to wcale tacy wrodzy nie są.

Życie. Aktor powinien potrafić zagrać wiele rożnych ról, sprawnie operować językiem, umieć oddać emocje, ale nie jest z racji zawodu żadną wskazówką moralną ani autorytetem intelektualnym. Owszem, czasem zdarzy się bohaterski Eugeniusz Bodo lub Hanna Ordonówna, ale czasem zdarzy się też paskudny kolaborant Iwo Sym. Jak z taksówkarzami, sprzedawcami, nauczycielami, dziennikarzami, jeden jest w porządku, a drugiego opisuje słowo na jedną sylabę. Dlatego, jak chce któryś wyjechać, proszę bardzo, dziś z perspektywy państwa istotniejsze jest by pielęgniarki wracały z emigracji. Ale przecież jest jeszcze magia ekranu, więc to co będzie mówił na temat swojej emigracji Maciej Stuhr, zawsze będzie w dużo większym stopniu pochłaniać komentatorów, niestety, wygląda na to, że łącznie z wyżej podpisanym.

               

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne