Reklama

Kto zazdrości piłkarskich zarobków?

Problem z zarobkami innych, w tym piłkarzy, mają często ci, którzy sami w życiu niewiele osiągnęli albo nie splamili się nadmiarem pracy. Dopóki mówi się o wyrównywaniu szans, projektach socjalnych, walce z wykluczeniem, to mamy do czynienia z normalną polityką państwa, bez względu jak ją oceniać. Ale w momencie, gdy zaczyna się stygmatyzować innych za to, że po prostu dobrze zarabiają, to zaczyna się zgubna demagogia.

Ta dyskusja to oczywiście nie jakaś nasza specyfika, a trend globalny, w czasie mistrzostw świata narastający, im bliżej finału - tym bardziej, bo faktycznie od mniej więcej dwóch dekad piłkarskie zarobki przeskoczyły. 

Pięć lat temu amerykański Lawrence Technological University za pomocą modelu matematycznego starał się obliczyć, który z piłkarzy jest najbardziej finansowo "przeszacowany". Komputer wypluł odpowiedź, że Lionel Messi. Ciekawe, czy model będzie aktualny, jeśli w niedzielę Argentyna po raz trzeci w historii wygra mundial?   

Trend jest globalny, ale ostatnio lokalnie mamy go więcej niż zwykle. Nie zazdroszczę zarobków piłkarzom reprezentacji narodowej. Ostatnia moda na przeżywanie sportowych dochodów, szczególnie Roberta Lewandowskiego, stała się w mediach społecznościowych niemalże obowiązkowym repertuarem młodej lewicy odwołującym się zresztą do starej, zgranej demagogii ekonomicznej. Dlaczegóż oni zarabiają tak dużo, a nauczyciele tak mało, a w Afryce głód, w Polsce mniejszości potrzebują jeszcze więcej wsparcia? I tak dalej...

Reklama

Scesny i Zelinski

Dzisiejsi czołowi piłkarze to talenty wyselekcjonowane z milionów. Jaka inna dyscyplina przyciąga tylu młodych chłopców? W jakiej innej dziedzinie tylu tatusiów marzy o karierze dla syna, wydając majątek na szkółki piłkarskie...? Zaniepokojonych uspokajam, że na temat piłki nożnej nie będę się mądrzył, bo się na niej nie znam. Nie trzeba być jednak specjalistą, by zauważyć, że w ostatnich latach stała się ona dużo bardziej globalna niż była.

Ostatnich kilka dni spędziłem w kulturowo zamkniętym, konserwatywnym - szczególnie na tle sąsiedniego Dubaju - Omanie. Informacja, że jestem z Polski budziła natychmiastową reakcję - "Lewandowski", "Scesny". To przecież gigantyczna promocja naszego kraju, zachęta turystyczna i inwestycyjna. 

Uczciwie mówiąc - pomimo własnej ignorancji w dziedzinie - wolę na każdym kroku być pytany o "Zelinskiego" niż o obóz koncentracyjny w Auschwitz - Birkenau, a przez wiele lat polska polityka promocyjna sprawiała wrażenie takiej, jakby u nas nic innego się nie znajdowało.

A jak ci najzdolniejsi z milionów, ciężko pracujący ludzie, mają się do zarobków gwiazd sieci - instagramerek, youtuberów, czasem po prostu patostreamerów? Bogaczy z przypadku albo na siłę wykreowanych dzieci polityków i innych tuzów życia publicznego? I żeby było jasne, mogę uważać to za jedną z patologii zbyt szybkiego rozwoju techniki, zmian form komunikacyjnych i cywilizacji ogólnie, ale też nie będę nad tym nadmiernie biadolił. 

Oczywiście o tyle, o ile platformy udostępniające te treści i osoby na nich zarabiające będą płacić podobne jak inni podatki w Polsce, bo dziś mamy z tym problem. Miło by było też, gdyby tworzono systemy zachęt zmierzających do tego, by ludzie zarabiający czy to kopiąc piłkę, czy nagrywając filmiki modowe, swoje pieniądze inwestowali w kraju i robili to jak najintensywniej.      

Lekcja Wokulskiego

Czy to wszystko oznacza, że państwo ma roztaczać szczególną opieką najbogatszych, oligarchów gospodarczych? Taki model funkcjonował w czasach rządów Platformy Obywatelskiej, gdzie grupa biznesmenów, z jednym - nieżyjącym już - na czele była przedstawiana jako warstwa bardziej uzdolniona, kreatywna, szlachetna, wymagająca wsparcia państwa, bo oni w najlepszy sposób mogą je rozwinąć. 

Oczywiście nad faktem, że te fortuny były często efektem transferu państwowych pieniędzy lub koncesji, choćby skandalicznej zgody na budowę prywatnej autostrady przy publicznym wsparciu, rozpościerano elegancką zasłonę milczenia.

Taki sposób myślenia funkcjonował zresztą i w innych obszarach. Słynny projekt o koszmarnej nazwie "model dyfuzyjno-polaryzacyjny" zakładał preferowanie wielkich miast. Pozornie zostawione w tyle średnie miasteczka miały z czasem też się dzięki niemu podciągnąć. Jak to miało wyglądać dokładnie, pozostaje słodką tajemnicą Michała Boniego czy Jacka Rostowskiego, bo nigdy w szczegółach swojej śmiałej wizji nie wyjaśnili, choć zaczęto ją pod pewnymi względami realizować, szczególnie jeśli spojrzeć na transfery funduszy publicznych za rządów PO.

PiS z kolei, nieraz ustami swojego lidera, choć mistrzem w tym był już nieżyjący Ludwik Dorn (potem związany z PO), półgębkiem, ale regularnie potępia kolejne grupy zawodowe za pazerność, no może z wyłączeniem części własnego aparatu. O ile w świecie Platformy, ustawiony bogacz, choćby i to ustawienie zawdzięczał ewidentnej patologii dotykającej postkomunistycznego państwa, był prześladowanym wręcz przez zazdrosnych tubylców geniuszem i społecznikiem, o tyle w świecie PiS obrotny przedsiębiorca, gdy za bardzo się wybije, to zaczyna być egoistą, który powinien się bardziej dzielić.

Do tego dochodzi zupełna już demagogia, niestety bardzo chwytliwa, ze strony młodej lewicy, mówiąca, że "to niesprawiedliwe by tyle zarabiać" i jakimiś regulacjami, na przykład ograniczeniem poziomu zarobków (także w biznesie prywatnym) trzeba to zmienić. Takie równanie już w Polsce przeprowadzano. Skończyło się jak zawsze orwellowsko - zwierzętami równiejszymi pomiędzy równymi. Sklepami za żółtymi firankami, przejętymi w wyniku nacjonalizacji willami i stypendiami na Zachodzie dla dzieci komunistycznych elit - w tym kilku obecnych polskich lewicowo-liberalnych "europolityków".

Niestety lewicowi młodziacy na bakier są nie tylko z historią, ale i literaturą klasyczną. Gdyby tak nie było, pamiętaliby, że Wokulski w "Lalce" tłumaczył pannie Łęskiej, że nie marża, a obrót jest podstawą handlu. Śmiało można to przełożyć na zarobki naszych piłkarzy. Niech zarabiają, byleby szybko wydali jak najwięcej w złotówkach, zainwestowali w Polsce, tu zapłacili podatki. Na tym powinno nam bardziej zależeć. I nie słyszałem, by nasza lewica miała na to jakiś patent, szczególnie, że szeroko podkreśla swój kosmopolityzm lub europolityzm, także w sferze finansów.      

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy