Reklama

Reklama

Jedna strona nienawidzi bardziej

Przejście marszałka województwa śląskiego Jakuba Chełstowskiego na stronę opozycji przypomina podobny transfer sprzed czterech lat. Czyli przejście późniejszego wicemarszałka Wojciecha Kałuży w drugą stronę. Te dwie sprawy jednak różnią się diametralnie. W przypadku drugiego z panów środowiska wspierające dziś Donalda Tuska urządzały publiczny lincz, w przypadku śląskiego marszałka tego nie ma. Nie ma dziś symetrii w polskiej nienawiści. Jedna ze stron zatopiła się w niej zdecydowanie głębiej.

Nie jest wielką tajemnicą, że sprawę Wojciecha Kałuży w 2018 roku środowisko Platformy Obywatelskiej i sprzyjające jej media postanowiły potraktować ostrzegawczo. Szkolnie. Rozpętując taką nienawiść, by każdy kolejny potencjalny "zdrajca" się bał, że zostanie zaszczuty wraz z rodziną. Że pod wpływem masowego hejtu w social mediach się psychicznie rozpadnie. Kałuży faktycznie postanowiono zafundować śmierć cywilną, a może i fizyczne wykończenie.

Uczciwie mówiąc, śląski radny zbyt ładnie nie zrobił. Zaraz po wyborach, w których dostał się do sejmiku wojewódzkiego z list Koalicji Obywatelskiej, pożegnał kolegów i pozwolił PiS przejąć władzę w sejmiku za cenę fotela wicemarszałka. Niewątpliwie było to dość naganne i nieuczciwe wobec wyborców, ale polska polityka jest wypełniona rozmaitego rodzaju renegatami, ludźmi, których kupiono, którzy załatwiają prywatne dintojry na dawnych znajomych. Po prostu zdarza się. 

Reklama

To co jednak potem się zdarzyło, było bezprecedensowe. Nieznany szerzej Polakom facet przez dobre dwa tygodnie był zaszczuwany przez nakręcające "silnych razem" farmy trolli. Liderzy PO składali przeciwko niemu zawiadomienia do prokuratury, pod jego dom w Żorach zwożono setki aktywistów, by stygmatyzować go w sąsiedztwie i gnoić rodzinę, a tygodnik kierowany przez zawsze lojalnego w takich sytuacjach Tomasza Lisa opublikował jego zdjęcie w na okładce.

Hejt niesymetryczny

Osobiście na pana Kałużę po tym, co się stało na Śląsku, bym nie zagłosował, podobnie jak pomimo sentymentu związanego z wieloma ciekawymi rozmowami nie zagłosowałbym na Jarosława Gowina (w którego przypadku jednak dużo mniejszy hejt skończył się załamaniem nerwowym). Ale to jednak za mało, by człowieka zaszczuwać. Traktować go niemalże jak jakiegoś Trynkiewicza. Szczególnie, gdy prym w tym wiedzie gromada podobnych mu karierowiczów, z których w większości składa się polska scena polityczna. 

Uważam, że "dojeżdżanie Kałuży" było jednym z prognostyków kierunku w jakim będzie zmierzało polskie życie publiczne, kierunek ten jest utrzymywany, i moim zdaniem prędzej czy później musi doprowadzić do tragedii, co oczywiście polityczni cynicy kalkulują jako niekonieczny, ale możliwy element ryzyka.

Tylko czy działa to tak samo w dwie strony? Spójrzmy więc na to, co się stało teraz. Stało się dokładnie na odwrót. Na drugą nóżkę. Marszałek Jakub Chełstowski zakończył pisowską władzę w tym samym sejmiku, przechodząc na stronę PO. Media doniosły, że motywacje Chełstowskiego oprócz oczywiście jak najbardziej głębokich przemyśleń natury polityczno-społecznej były również wyraźnie merkantylne. Małżeństwo Chełstowskich znalazło pracę w kontrolowanych przez ludzi Tuska przedsiębiorstwach. Czysta symetria - mógłby ktoś powiedzieć. Jest jednak pewna różnica.

Pod domem Chełstowskiego nikt nie demonstruje. Prawicowe czy publiczne media informują owszem o biznesowym tle jego przejścia, krytykują go, ale nie wypełniają ich ataki na niego, włącznie z tym, że jego nazwisko będzie "symbolem zdrady", co jak mantrę powtarzali politycy PO i sprzyjający tej partii dziennikarze. Mediów społecznościowych nie wypełniają pogróżki i pomstowania mówiące, co to nie spotka Chełstowskiego. Nikt nie grozi mu linczem, więzieniem, rozliczeniami. Nie ma społecznego hejtu, orgii nienawiści, psychozy, elektorat PiS nie żyje jego osobą.

Czekanie na przemoc

Jest różnica. Prawica ma, owszem, swoich hejterów. Sam przez kilka lat mordowałem się pod ostrzałem znanego propisowskiego nawiedzeńca o pseudonimie Smok05. Ponieważ pełniłem wówczas dość wrażliwą funkcję, kierując Trzecim Programem Polskiego Radia, manipulacje i odloty mającego ogromne zasięgi trolla powodowały zapychanie skrzynek mejlowych i uruchamianie rozmaitych prawicowych aktywistów i polityków pomstujących, że "Trójka jest lewacka" (oczywiście media liberalno-lewicowe grzmiały z kolei, że jest "prawacka", co w sumie chyba nie najgorzej świadczy o pluralizmie stacji w tym czasie).

Ale jednak nawet uwzględniając działalność podobnych influenserów, odloty niektórych mediów, głupie rzeczy, które zdarzają się i moim niektórym znajomym, tabloidyzację i ogólną agresję, nie ma dziś symetrii między tym, co stało się po tak zwanej stronie liberalnej i po stronie konserwatywnej. 

Maszynka społecznej nienawiści, programowania, odczłowieczania, działa zdecydowanie z jednej strony bardziej konsekwentnie i brutalnie. To z tej strony wprowadzono hasła o "jeb..." i "wyp..." do życia publicznego. To ta strona lansuje jedną z aktorek tylko dlatego, że wzniecała nienawiść wobec Straży Granicznej. To ta strona jednak pod wpływem zaślepiającej nienawiści jest w stanie masowo życzyć śmierci swoim przeciwnikom politycznym albo łykać tezy o tym, że to rząd w porozumieniu z Putinem celowo zamordował dwóch rolników, pozorując atak rakietowy. To ta strona w końcu nieustannie używa słów: zemsta, delegalizacja, więzienie, konfiskaty.

Politycy - piszę przede wszystkim o Donaldzie Tusku - którzy zdecydowali się na tym żywiole oprzeć swoją aktywność i taktykę polityczną, powinni jednak pamiętać, że taki stan nie będzie trwał wiecznie, a nienawiść rodzi nienawiść. W dodatku, gdy przerodzi się w przemoc, a jest to jej logiczna i pewna konsekwencja, także oni mogą znaleźć się na pierwszej linii ognia.           

Wiktor Świetlik

Reklama

Reklama

Reklama