Reklama

Reklama

Co jeszcze Lech Kaczyński powiedział Donaldowi Tuskowi?

Donald Tusk mówiąc o tym, że Lech Kaczyński miał rzekomo go ostrzegać przed swoim bratem, nie jest zbyt wiarygodny. To przecież rozmowa, której śladu nie ma i do dzisiaj nie było, ale w końcu wiarygodnym nie trzeba być, gdy chodzi tylko o to, by kogoś innego wyprowadzić z równowagi.

Jakiś czas temu w sieci pojawił się mem z portretem Józefa Piłsudskiego i podpisem "nie wierz we wszystko, co przeczytasz w internecie tylko dlatego, że zobaczysz czyjeś zdjęcie z cytatem". Ten mądry żart ma także zastosowanie w polityce i historii, bo także zapewne dzisiaj wielu znanych (i nie tylko) ludzi mogłoby się zdziwić, co zdarzy im się mówić po śmierci.   

Takie powoływanie się na osoby już nieżyjące, które tuż przed śmiercią miały powiedzieć coś zaskakującego i wie o tym tylko jedna osoba ma długą tradycję. Jacek Kaczmarski miał wesprzeć Adama Michnika w sprawie afery Rywina, a ksiądz Józef Tischner - już na łożu śmierci - zmienić zdanie w sprawie podhalańskiego partyzanta Józefa Kurasia "Ognia". Zdanie w rozmaitych sprawach mieli zmieniać albo nietypowe dla siebie opinie wygłaszać poeci Zbigniew Herbert, Czesław Miłosz, czy politycy Józef Oleksy i Bronisław Geremek. Czy tak było? Być może w którymś przypadku tak się zdarzyło, ale można wątpić, czy tak jest w przypadku rzekomych zwierzeń Lecha Kaczyńskiego wobec Donalda Tuska.

Reklama

Jak to jest, że Tuskowi się to przypomniało właśnie teraz, kiedy wraca do krajowej polityki w skrajnie konfrontacyjnym stylu? I jak to jest, że Lech Kaczyński mu w ogóle coś takiego powiedział? Można braci Kaczyńskich było lubić lub nie, ale ich relacje były powszechnie znane i trudno je uznać za obarczone brakiem zaufania. Z kolei Tusk był politycznym przeciwnikiem, z którym Lech Kaczyński mógł pić wino, ale wątpliwe by "nadawał" rywalowi na brata. To się po prostu kupy nie trzyma. A dochodzi jeszcze jeden argument za tym, że to humbug i bzdura. Stara łacińska zasada mówiła "is fecit, cui prodest" - ten uczynił, kto skorzystał. Chyba w tym przypadku należy stwierdzić: "ten kłamie, kto korzysta na kłamstwie".

Znak czasu

Żeby było jasne, nie zachowujmy się jak pensjonarki. Kłamstwo nie jest w polityce niczym szczególnie oryginalnym ani nowym. Raczej, o ile ktoś nie jest akurat kimś w rodzaju Ryszarda Bugaja czy Marka Jurka, jest rzeczą akceptowalną, wręcz traktowaną jako element metody politycznej. Po to Amerykanie taką rolę przykładali do sądowego, prezydenckiego krzywoprzysięstwa, by powiedzieć politykom, jak kiedyś Billowi Clintonowi: "No, stary, wiemy, ze łżesz, ale przed sądem już ci nie wolno. Tu obowiązują inne zasady".

Tyle, że z reguły między politykami a wyborcami panował pewien niepisany układ, że kiedy ktoś zmyśla, to tak, by nie było to oczywistą bzdurą. By choć nosiło ślady prawdopodobieństwa. Nie wydaje mi się, by poza częścią najbardziej zacietrzewionego elektoratu ktoś Tuskowi uwierzył. I dlatego być może jego "sensacja" jest znakiem czasu.   

Po prostu konsensus typu "kłamcie, ale tak by nie było to oczywiste" został zerwany. Politycy mogą kłamać ile wlezie, byleby było to jednostronnie wymierzone w przeciwników. Elektorat wrogi i tak ich będzie nienawidził, a własny doceni dość agresywne łgarstwo. Sorry, taki mamy klimat - by zacytować klasyczkę. Oby w tym akurat przypadku doszło kiedyś do zmian klimatycznych. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne