Zręczny wist Nawrockiego, ale los SAFE niestety przesądzony
W rozgrywce między zwolennikami unijnego i polskiego SAFE obie strony grają znaczonymi kartami. Co ja jednak poradzę, że czułbym się bezpieczniej, gdyby tej pożyczki nie było. Skonstruowano ją tak, że ma na lata zabetonować polską scenę polityczną i nasze relacje z Unią. Jej zwolennicy doskonale to wiedzą.

Polacy już dawno pogubili się w meandrach sporu między koalicją forsującą pożyczkę SAFE, a prezydentem i prezesem NBP, którzy odpowiedzieli własnym, "polskim SAFE". Skądinąd, szczegóły planu skorzystania z rezerw naszego centralnego banku są wciąż nieznane.
Ale nie znamy też wszystkich detali projektu rządowego. Jest ustawa, ale jest przecież też wciąż nieujawniona umowa pożyczkowa. - Nie ma tam żadnych kamieni milowych - zapewniają oficjele. A pewności co do tego nie ma żadnej.
Nawiasem mówiąc, racjonalna ocena projektu prezydenta i szefa NBP wymagałaby bardzo wyśrubowanej wiedzy ekonomicznej.
Na razie głównym polemicznym narzędziem zwolenników pierwotnego SAFE jest argument prawny z artykułu 220 konstytucji: "Ustawa budżetowa nie może przewidywać pokrywania deficytu budżetowego przez zaciąganie zobowiązania w centralnym banku państwa."
Ich oponenci odpowiadają, że chodzi przecież nie o budżet, a o zasilanie specjalnego funduszu wspierającego siły zbrojne. Trudno nie uznać tego za prawny kruczek. Ale też trudno spierać się z czymś, czego do końca nie znamy.
Program SAFE 0 proc. Karol Nawrocki oferuje mit
Tak naprawdę nie musimy poznawać szczegółów, bo znamy finał tej rozgrywki. Plan prezydencki nie będzie nawet dyskutowany w Sejmie.
Rząd forsuje pogląd (pisałem o nim w Interii), że nawet weto Karola Nawrockiego nie powstrzyma zaciągnięcia tej pożyczki. Mam do takiego podejścia co najmniej wątpliwość konstytucyjną, równą tej, która każe mi nie być pewnym legalności operacji z rezerwami NBP.
To, że obie strony politycznych wojen w Polsce, a ekipa Donalda Tuska w szczególności, traktują prawo w sposób absolutnie dowolny, wiemy. Zdążyliśmy się niestety przyzwyczaić.
Skoro rząd "zrobi to i tak", dlaczego tak popędza Nawrockiego? Ano dlatego, żeby go postawić w trudnej sytuacji. Najlepiej dowieść, że jest przeciwny narodowemu bezpieczeństwu, więc pewnie prorosyjski.
Wcześniej w tę rolę wepchnięto całą prawicową opozycję.
Tyle że przy wszystkich zastrzeżeniach prawnych czy ekonomicznych (do tych ostatnich odwołał się nawet Sławomir Mentzen, uznany w PiS po raz kolejny za zdrajcę), prezydent dowiódł swojej taktycznej zręczności.
W miejsce ślepego "nie", przedstawił jakąś kontrpropozycję. Dobrą? Złą? Nawet nie będziemy mieli okazji rozebrać jej na czynniki pierwsze. Ci wszyscy, którzy są przeciw SAFE z powodów politycznych, mają już mit założycielski: "można było inaczej".
A jeśli tego "inaczej" nie chcieliście, to dlatego, że interesuje was tylko uzależnienie polskiej obronności od unijnego decydenta.
Oczywiście, strona koalicyjna nie jest tu całkiem bezbronna. Ona z kolei może spytać: skoro tak oczywiste jest korzystanie z rezerw NBP, dlaczego Adam Glapiński nie zaproponował czegoś podobnego wcześniej? Można nawet opowiadać, jak marszałek Włodzimierz Czarzasty, że skoro tak, korzystajmy z tych rezerw w każdym przypadku. Na przykład dla ratowania służby zdrowia.
Te argumentacje trochę się wzajemnie znoszą. Ale przypomnijmy coś jeszcze: pierwszy o koncepcie posłużenia się rezerwami NBP dla wspierania obronności zamiast zadłużania Polski zaczął mówić dawny wicepremier prof. Grzegorz Kołodko. Trudno go opisywać jako agenta prawicy.
Jak widać, obie strony naciągają rzeczywistość i grają znaczonymi kartami. Zdawało się początkowo, że Tusk znalazł idealną broń na opozycję. Dziś nie jest to już takie oczywiste.
Ale poza racjami doraźnej gry politycznej są przecież argumenty dotyczące sytuacji długofalowej. Zostawmy już nawet samą wizję zadłużania naszych wnuków. Czy problem ryzyka kursowego przy tak potężnym strumieniu euro. Metapolityka każe ludziom o moich poglądach obawiać się programu SAFE.
To zabetonuje scenę
Po pierwsze, możliwość blokowania pożyczki w dowolnej chwili naprawdę uzależnia polską scenę polityczną od brukselskiego centrum. Eurokraci będą mogli w dowolny sposób szantażować polskie władze, zwłaszcza te nielubiane, jeśli po roku 2027 rządzić będzie koalicja prawicowa.
Prawica słusznie widzi w tym bat na siebie.
Ale to nie tylko obrona własnych politycznych skór, ale pluralizmu i prawa do prowadzenia niezależnej polityki w zakresie, na jaki pozwalają unijne traktaty.
Co więcej, SAFE jest projektem ustrojowym. Przesuwa ciężar decyzji do Brukseli (tu można dodać stolice najbardziej wpływowych graczy w Unii) bez zmiany traktatów. To decyzja na dziesiątki lat, więc perspektywa zabetonowania naszych relacji z UE.
Mniej istotny jest dla mnie geopolityczny argument podnoszony przez PiS, że to wybór Unii ponad USA. Mogę zrozumieć obawę, że Donald Trump się obrazi, kiedy tak wielkie pieniądze nie będą wydawane na amerykański sprzęt. Jest dla Polski ważnym sojusznikiem i jest wyjątkowo kapryśny.
Ale przecież sam domagał się wiele razy, żeby kraje Unii wzięły bezpieczeństwo w swoje ręce. On akurat niczego takiego Polsce nie zaoferuje.
A SAFE zawiera atrakcyjne punkty. Jest szansą dla polskiego przemysłu, budzi też nadzieję na transfery technologii, choć stopnia tych perspektyw nie znamy.
Argument o zabetonowaniu polskiej polityki jest dla mnie jednak przesądzający. Gdyby Karol Nawrocki rozpisał referendum w sprawie SAFE, głosowałbym przeciw temu projektowi. Ale ponieważ inicjatywa referendalna musi być zatwierdzona przez koalicyjny Senat, nie będę miał okazji.
Jestem za to ciekaw, jak ta wymiana ciosów przełoży się na sondaże i na wyniki wyborów w roku 2027. W epoce memów argumenty prawicy są wciąż odrobinę bardziej skomplikowane niż proste hasło koalicji: dają, to bierzmy. Ale ostatni ruch Nawrockiego trochę to wrażenie osłabia.
Piotr Zaremba














