Zmierzch Zachodu. Spłukana Francja gospodarzem szczytu nienajbogatszych
Czasem wydaje się, że Polska idealnie wpasowuje się w Zachód. Dokładnie wtedy, gdy on przeżywa swój zmierzch gospodarczy. Dość spojrzeć na obecny szczyt G7 w luksusach.

Dla zwolenników teorii upadku Zachodu szczyty G7 to prawdziwa gratka. Pół wieku temu liderzy najbardziej rozwiniętych państw świata uznali, że warto się spotykać. Politycy padli sobie w ramiona nie z miłości do demokracji i kapitalizmu. W latach 70. kryzys paliwowy był jak dywan wyciągnięty spod nóg - gospodarki wielu państw boleśnie zachwiały się. W Paryżu i Bonn postanowiono przeciwdziałać przykrym niespodziankom politycznym oraz ekonomicznym. Zaproszono do rozmów USA, Włochy, Japonię i Wielką Brytanię, a później Kanadę. Nieformalne spotkania przy konferencyjnych stołach, między talerzem a szklaneczką, miały budować atmosferę wzajemnego zaufania. Tyle że świat się zmienił.
W latach 70. i 80. kraje G7 stanowiły gospodarczo światową czołówkę, odpowiadając za blisko trzy czwarte światowego PKB. Dziś to niewiele ponad 40 proc. W 2026 nie można już mówić o najpotężniejszych gospodarkach świata - brak tam Chin, Indii czy Brazylii. Obecnie gospodarzem spotkania w Évian jest Emmanuel Macron. Pewien francuski komik zauważył, że szczyt G7 odbywa się w jego kraju przypadkiem, bo nikt nie poinformował, że Francja jest budżetowo "spłukana".
Największą niewiadomą pozostawał prezydent Donald Trump - czy w ogóle przyjedzie. Od wybuchu wojny z Iranem relacje Waszyngtonu z Macronem, Starmerem i Carneyem ochłodziły się. USA żałują, że Europa nie wsparła ich w konflikcie, Europa zaś nie chce być wciągana w wojny, które uważa za nonsensowne.
Memorandum przegranej
Ostatecznie Trump pojawił się w Évian, by szeroko opowiadać o rzekomym sukcesie porozumienia z Iranem. Fakty mówią jednak co innego: wojny nie wygra, a jego cele w regionie nie zostały osiągnięte. Iran udowodnił, że przy minimalnych kosztach - dronami - jest w stanie zablokować cieśninę Ormuz. Reżim ajatollahów wytrzymał nawet zamordowanie liderów i tłumienie opozycji, a jego program nuklearny wciąż pozostaje nietknięty. Podobnie sytuacja wygląda po stronie Izraela i Hezbollahu w Libanie - ryzyko wymiany ognia na północy Izraela wciąż jest realne.
Mądrość ludowa mówi, że wojna jest jak bagno - łatwo w nią wdepnąć, trudno wyjść. Tak właśnie działają populistyczni liderzy pokroju Trumpa czy Putina, którzy wyobrażają sobie szybkie triumfy militarne, a w praktyce sprowadzają cierpienie na zwykłych ludzi.
W cieniu konfliktów światowych odbywa się szczyt G7, który zajmuje się także regulacją AI, bezpieczeństwem online, walką z rakiem, finansowaniem transformacji ekologicznej i zabezpieczeniem dostępu do surowców rzadkich, podczas gdy Chiny wprowadzają nowe ograniczenia.
Najbardziej namacalnym efektem spotkania było jednak spotkanie Trumpa z Wołodymyrem Zełenskim. Ukraina po raz kolejny pokazała, że potrafi szybko uczyć się na błędach dyplomatycznych, zachowując wsparcie wywiadowcze i zdobywając dodatkową amerykańską broń. W odróżnieniu od sytuacji sprzed roku w Białym Domu tym razem nie było awantur ani publicznych spięć.
Liderzy dawnych potęg, uwięzieni w wyobrażeniach z przeszłości, radzą sobie ze współczesnym światem słabo. Politycy z państw, które wciąż mogą zostać wymazane z mapy, robią wszystko, by przetrwać. To oni wyczuwają puls zmieniającego się świata najlepiej.
A Polska? Gdy nasza polityka zagraniczna jest podzielona i uwięziona w własnych ograniczeniach mentalnych, nikt nie reprezentuje polskich interesów. Czasem wydaje się, że naprawdę idealnie wpasowujemy się w Zachód - dokładnie wtedy, gdy on przeżywa zwątpienie w siebie. I być może nawet (który to już z kolei) zmierzch.
Jarosław Kuisz














