Zimna wojna domowa
Tragiczna śmierć Łukasza Litewki, zbiórka charytatywna Łatwoganga i uwolnienie z białoruskiego więzienia Andrzeja Poczobuta - wszystkie te niedawne wydarzenia, które stały się udziałem społecznego doświadczenia, zostały utaplane w polskiej polaryzacji i coraz większej skłonności do agresji, ujawnianej w mediach społecznościowych.

Po śmierci papieża zgody narodowej i poczucia jedności starczyło na tydzień, po katastrofie smoleńskiej na trzy dni, a dziś zgody narodowej po prostu już nie ma.
Nawet jeśli prawdziwa jest stara teza, że polska zimna wojna domowa jest odwieczna i że jesteśmy "dwoma narodami", niewątpliwie jest to dziś zjawisko dominujące. Nie potrafimy bowiem pielęgnować pamięci o wyjątkowych postaciach, nie umiemy cieszyć się sukcesami, nie możemy nawet darować sobie kłótni wokół niezłomnego Polaka, który nie ugiął się w piekle łagru.
Podpalacze emocji
Sprawy te mogłyby się łączyć, ale łączą tylko powierzchownie. Wstrząsający wypadek posła Nowej Lewicy pozornie połączył we wspomnieniach polityków wszystkich opcji, którzy podkreślali wyjątkową charyzmę, unikalne zaangażowanie w sprawy społeczne i zarazem skromność zmarłego.
Ale równolegle wokół tej śmierci rozpętała się paranoiczna, internetowa "dyskusja" o możliwych przyczynach wypadku, łącznie z sugestiami, że polityk naraził się władzy swoją wypowiedzią o kłodzkiej aferze pedofilskiej.
Pojawiły się apele policji, by nie wierzyć plotkom, a rozsiewane, sensacyjne przypuszczenia o rzekomym mordercy, którego miał się bać polityk, musiał dementować serwis Demagog.
Rzeka teorii spiskowych jednak ruszyła i nawet najlepsza pamięć nie była w stanie jej zatrzymać. Zwłaszcza że jednym z podpalaczy emocji był poseł PiS Dariusz Matecki, który żądał ujawnienia danych sprawcy wypadku drogowego.
Gorszący spektakl
Po wielkim sukcesie charytatywnej zbiórki Łatowoganga, opiewanej przez komentatorów politycznych i dziennikarskich jako przykład niezwykłego zrywu obywatelskiego, przez sieć przetoczyła się fala bezprzykładnego hejtu na Jerzego Owsiaka i Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy.
Jakby te dwie akcje - jedna zrodzona spontanicznie, druga rozwijająca się od trzech dekad - nie były komplementarne i za wspólny cel nie miały dobra chorych dzieci.
Można było odnieść wrażenie, że nastąpił podział na "naszą" zbiórkę i "ich" akcję, jakby Łatwogang i Owsiak zostali bezwiednie użyci do rozpętania piekła plemiennej nienawiści.
I to niezależnie od tego, że młody influencer odciął się od polityki i namawiał do wzajemnego szacunku, a twórca WOŚP pogratulował mu wielkiego sukcesu.
Po prostu wstyd
Niedługo po tym, jak Andrzej Poczobut znalazł się w Polsce, politycy wyrazili wielką radość, a ambasador Stanów Zjednoczonych podziękował w dwóch wiadomościach polskim służbom i resortowi spraw zagranicznych oraz prezydentom Donaldowi Trumpowi i Karolowi Nawrockiemu. Chwilę potem byliśmy już świadkami gorszącego spektaklu pt. "Kto bardziej przyczynił się do uwolnienia Poczobuta", w którym prawica pomniejszała rolę rządu, uwypuklając rozmowy prezydenta z amerykańskim przywódcą.
Wprawdzie powszechnie wiadomo, że walka o uwolnienie Polaka trwała bardzo długo, były w nią zaangażowane wszystkie ośrodki władzy, ale ta wiedza nie przeszkodziła w zwycięstwie kwaśniej małostkowości nakierowanej na spijanie piany sukcesu w celach czysto politycznych. Po prostu wstyd.
W Polsce nie ma już sprawy, która nie mogłaby się stać polityczną pałką. Skoro wirtualna infosfera - oprócz tego, że jest spenetrowana przez boty i prowokatorów - stała się zwierciadłem społecznej duszy, to właśnie jesteśmy świadkami prawdziwego rozpadu i upadku wspólnoty.
Przemysław Szubartowicz














