Zdrowie w ruinie. A lepiej to już było
Nawet krytycy są zszokowani tym, jak spektakularnie rząd Donalda Tuska podkłada się w temacie służby zdrowia. Lepiej raczej nie będzie - bo niby dlaczego miałoby być, skoro po stronie uśmiechniętych nie widać ani koncepcji, ani kompetencji, ani szczególnej determinacji do ratowania naszego zdrowia publicznego.

Gdy rządził PiS, sprawa była dość prosta i czytelna. Panowało przekonanie, że polska służba zdrowia jest niedofinansowana i w związku z tym niewydolna. Przekonanie to podzielała zarówno władza jak i opozycja.
PiS (co było dla tego ugrupowania dość charakterystyczne) postanowił tę realną potrzebę społeczną zaspokoić - a rządy Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego zaczęły więc dość konsekwentnie zwiększać udział wydatków na zdrowie w (szybko rosnącym) PKB. W 2018 powstała nawet ustawa określająca, jaki będzie przez następną dekadę (do roku 2027) minimalny wzrost nakładów publicznych na zdrowie. Od mniej niż 5 proc. PKB w roku 2018 do 7 proc. w 2027.
"Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki", czyli przepis na katastrofę
Ówczesna opozycja antyPiS-owska mówiła oczywiście, że to za mało, za wolno i generalnie dramat, bo oni zrobiliby to lepiej. W kampanii roku 2023 mieliśmy już w temacie ochrony zdrowia jeden wielki koncert życzeń pomieszany z maratonem uśmiechu. Izabela Leszczyna z Platformy mówiła, że jak liberałowie wezmą władzę, to wszystkie problemy znikną "jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki" (to cytat dosłowny, jest w sieci viralem).
Szymon Hołownia snuł wizję lekarzy, którzy dzwonią do pacjentów, zanim jeszcze pacjenci będą zmuszeni zadzwonić do lekarza. Jeszcze inni obiecywali przesunąć pieniądze na finansowanie mediów publicznych na polską onkologię.
Podobnie jak Leszczyna nie znalazła różdżki, a lekarze jak nie dzwonili, tak nie dzwonią. I myślę, że nie tylko do mnie.
W ogóle polityka zdrowotna uśmiechniętej koalicji to jest jakaś wielka niepojęta katastrofa. I to na każdym polu: ekonomicznym, koncepcyjnym, a nawet wizerunkowym. Wygląda to, proszę państwa, tak, jakby sprawę odpuścił nawet premier Donald Tusk. Choć przecież na innych polach bardzo chętnie się aktywizuje, wierząc w magiczną moc zmieniania rzeczywistości przy pomocy instagramowej propagandy połączonej z przychylnością zaprzyjaźnionego komentariatu.
Zwróćcie jednak uwagę, że o zdrowiu Tusk nie zrobił ani jednej nośnej rolki. A na pożarcie mediów posyłana jest jedynie pani minister, której nazwiska nie chce mi się nawet zapamiętywać, bo i tak wiadomo, że można ją wymienić w dowolnym momencie na kogoś innego - pewnie równie przezroczystego - który przez kolejne kilka miesięcy będzie pchał dalej ten wózek.
Upadek NFZ
Z ekonomicznego punktu widzenia jest tak, że za obecnej władzy załamał się trend stałego zwiększania wydatków na zdrowie publiczne. Nakłady doszły w latach 2018-2024 z 5 do 8 proc. po czym spadły do 6,5-6,8 proc. w 2025 i 2026 (takie są plany w uchwalonym niedawno budżecie). Po roku 2023 rząd Tuska szybko przestawił się z argumentacji opozycyjnej (im więcej pieniędzy na zdrowie, tym lepiej) na oskarżenia wobec poprzedników, że te 8 proc. w roku 2024 to była… pułapka zastawiona na następców przez nadmiernie szastający publicznym groszem gabinet późnego Morawieckiego.
To dałoby się jeszcze zrozumieć - tak to już bywa, gdy opozycja wchodzi nagle do ław rządowych i przejmuje odpowiedzialność za państwo. Problem polega jednak na tym, że po wzięciu władzy przez Tuska wyszła na jaw olbrzymia koncepcyjna i programowa pustka uśmiechniętej koalicji. Mówiąc wprost - po dwóch latach rządów KO, Trzeciej Drogi i Nowej Lewicy my nadal nie wiemy, jaki jest właściwie ich pomysł na polską służbę zdrowia. Nie wierzycie? To zobaczcie sami.
Ten rząd od początku mierzy się z trudnościami w spięciu rosnących wydatków na zdrowie w budżecie państwa. Tak było z ich pierwszym własnym budżetem rok temu i tak jest i teraz. Aby spełnić wspomniane już ustawowe minimalne wzrosty nakładów na zdrowie, minister finansów Andrzej Domański musi co roku dosypywać grube miliardy, bo składka zdrowotna płacona przez obywateli nie wystarcza. Można by się spodziewać, że w tej sytuacji rząd zaproponuje zwiększenie składki albo innej daniny (zdrowotnej, szpitalnej, nazwijmy, jak chcemy).
Ale co robi rząd Tuska? On uchwala... obniżenie składki zdrowotnej. Czego skutkiem będzie musiało być jeszcze większe zwiększanie dziury w NFZ. Na szczęście dla rządu w sukurs przychodzi mu... znienawidzony prezydent Andrzej Duda, który jedną ze swych ostatnich decyzji latem 2025 roku obniżenie składki zdrowotnej wetuje.
Czy uśmiechnięci się z tego cieszą? Przeciwnie. Premier Tusk nagrał niedawno rolkę (to ulubiony sposób premiera na komunikowanie się z opinią publiczną) o tym, jak poszedł do barbera i tamże owemu barbetowi zapowiada, że jego rząd tak bardzo ma na sercu dobro barberów, że wkrótce spróbuje obniżyć składkę jeszcze raz.
Jakby tego było mało, w tym samym czasie wicepremier tego samego rządu Krzysztof Gawkowski opowiada w mediach, że... przydałby się nam podatek zdrowotny. Bo inaczej będzie źle.
Jestże tu sens?
Czego zabrania Leszek Balcerowicz
Można by sobie oczywiście wyobrazić jeszcze inne podejście. Rząd mógłby ogłosić sprawę wydatków na zdrowie sprawą o znaczeniu egzystencjalnym dla państwa (podobnie jak wydatki na zbrojenia) i zapowiedzieć, że te potrzeby będą finansowane w sposób szczególny. Na przykład we współpracy z Narodowym Bankiem Polskim, czyli emitentem polskiego pieniądza.
Takie podejście byłoby oczywiście sprzeczne z nawykami neoliberalnych purystów twierdzących, że konstytucja i Leszek Balcerowicz tego zabraniają. Ale serio, czy w innych sprawach ten rząd trzyma się ściśle i rygorystycznie klasycznego rozumienia konstytucji? O Balcerowiczu już nie wspominając.
Sęk w tym, że rząd Tuska takiego podejścia nawet nie rozważa. To się nie mieści w ich poznawczym horyzoncie. To ich przerasta. To się nie wydarzy.
Do dziś nie wiem także, jakie są tego rządu pomysły w temacie lepszej organizacji służby zdrowia. Tak, by nie trzeba stale dosypywać pieniędzy, których ciągle i tak będzie za mało. Ograniczenie lekarskich zarobków? To jedyny pomysł, jaki się pojawił, ale przeleciał jak meteor i zniknął gdzieś za horyzontem. A co z presją na obniżenie cen leków przez producentów i dostawców? O tym, że da się to zrobić, przekonuje obecnie w Ameryce prezydent Trump. Ok, wiem, że on ma łatwiej, bo jest prezydentem USA, ale to nie znaczy, że w polskim przypadku nie da się nic zdziałać.
A zwiększenie - przepraszam za wyrażenie - produkcji kadry lekarskiej? A przynajmniej walka z lobbingiem lekarskich samorządów próbujących perswadować uczelniom medycznym limity przyjęć (lekarze nie chcą, by było zbyt wielu lekarzy, bo wtedy ich zarobki będą spadały)? Nie widzę takich starań ani nawet próby nazywania problemu - to już poprzedni rząd robił, zachęcając uczelnie, by otwierały kierunki medyczne i zwiększały przepustowość. W efekcie w ciągu dekady liczba absolwentów medycyny na 100 tys. mieszkańców zwiększyła się u nas o 52 proc. A uśmiechnięci co nam proponują? Czy cokolwiek?
Można by powiedzieć z przekąsem, że śmiałych propozycji na naprawę zdrowia publicznego nie ma. Ale za to są zapowiedzi cięć i oszczędności w systemie - co musi jednak poskutkować zamykaniem szpitali, porodówek i jeszcze dłuższymi kolejkami do specjalistów. Połączone to wszystko jest zaś z wizją prywatyzacji i współpłacenia za usługi medyczne, o czym przebąkuje pani minister. I jedno, i drugie to wizja polityki dla obecnej władzy samobójczej.
I nawet opozycja nie bardzo wierzy w to, że uśmiechnięta koalicja będzie tak nieogarnięta, by Polsce, Polakom (i samej sobie przecież także) taką szkodę wyrządzić.
Rafał Woś















