Zdrada Tuska? Zdrada Trumpa? Kto ma rację?
Ten rząd pohukuje na Amerykanów, choćby w sprawie Ziobry, i zarazem narzeka, że nie może na nich liczyć. Kłopot w tym, że nie wiemy, na ile o zwijanym amerykańskim parasolu decyduje linia Tuska, a na ile natura rządów Trumpa.

Okładka tygodnika "Polityka" ogłasza: "ExitUS? Trump rozkłada parasol nad Ziobrą, zwija nad Polską". Oba wątki oczywiście się łączą. Zarazem pismo przedstawia związek tych wątków w tonacji kanonicznej dla obecnego obozu rządowego - we wstępniaku naczelnego.
Osłanianie już osądzonego jako przestępca polityka PiS, i przymiarki do opuszczenia Polski przez USA, stają się jedną całością, wielką przewiną demonicznego amerykańskiego Donalda. To co najmniej uproszczenie.
Sprawa ucieczki Zbigniewa Ziobry do USA jest skądinąd tematem całkiem osobnej kampanii rządu. Miałaby ona miejsce niezależnie od kontekstu amerykańskiego.
Rząd ma gigantyczne kłopoty z budżetem, i co za tym idzie na przykład z zapewnieniem pacjentom podstawowych świadczeń w szpitalach. Ale to właśnie pościgowi za byłym ministrem sprawiedliwości poświęca premier Donald Tusk słowo wstępne na posiedzeniu Rady Ministrów.
To kwintesencja "demokracji walczącej" w wydaniu tej ekipy.
W pogoni za Ziobrą
Wątpliwe aby minister sprawiedliwości Waldemar Żurek był w stanie Ziobrę przed transferem do Ameryki powstrzymać. Choć skądinąd wykazuje się indolencją. Nie wiedział, że istnieje coś takiego jak paszport genewski służący ludziom uznanym za azylantów. Teraz nie odróżnia miasta Waszyngton od stanu Waszyngton, chociaż są na dwóch krańcach Ameryki.
Jest widowiskowo bezradny. A jednak ekipa rządząca dmie w trąby pogoni za Ziobrą obnażając tę bezradność przed obywatelami.
Procedura ekstradycji z USA zawsze była żmudna i ryzykowna. Jan Rokita przypomniał, jak to z kolei sam Ziobro jako prokurator generalny nie był w stanie wydobyć z Ameryki człowieka podejrzanego o zabójstwo komendanta policji Papały. Amerykański sędzia wziął sprawy w swoje ręce i możliwe, że naprawdę wiedział lepiej niż polski wymiar sprawiedliwości.
W tym przypadku rząd nie mając w ręku podstawowych prawnych decyzji w samej Polsce, ma wyjątkowo słabe karty.
Redaktor Jerzy Baczyński użala się nad Żurkiem, że jest męczennikiem zasady niezawisłości sądownictwa. Taki z niego męczennik, że zmienił nielegalnym rozporządzeniem zasadę losowania sędziów na ich częściowe wyznaczanie i sterował składami sędziowskimi jak chciał.
Tyle że akurat w tym przypadku coś nie pykło. System pozostał niedomknięty.
Rzecz ma jednak dodatkowy wymiar. Możliwe z kolei, że amerykański sędzia sprawdzi coś więcej niż procedury. Tusk i jego ministrowie ogłaszają, że chodzi o "defraudację z Funduszu Sprawiedliwości". Tyle że Ziobro niczego nie ukradł. Może wydawał nie zawsze na to, na co powinien. Czy to jednak oznacza, że był hersztem "zorganizowanej grupy przestępczej"?
Ta kwalifikacja, obliczana nawet na 25 lat więzienia, to akt czysto politycznej zemsty. Dlaczego Amerykanie, rządzeni przez polityków bliższych polskiej prawicy niż Tuskowi, mieliby w tej zemście pomagać?
Sprawa ma jednak dodatkowy wymiar. Kampania w sprawie Ziobry zbiega się z narastającym kłopotem z obecnością wojsk amerykańskich w Polsce.
I w tym momencie marszałek Włodzimierz Czarzasty ogłasza, że trzeba poddać rewizji relacje z USA. A Waldemar Żurek pohukuje, że dobrzy sojusznicy powinni Ziobrę wydać, bo jak nie, okażą się niedobrymi sojusznikami.
Naprawdę to USA ma do nas interes? Czy my do prezydenta Trumpa?
Nie jestem zwolennikiem niewolniczej uległości wobec Waszyngtonu. Ale to polskie władze pchają się w tym momencie z typowo wewnętrzną wojenką, mieszając ją z kluczowym geopolitycznym wyzwaniem. Dla zadowolenia najbardziej rozżartej części własnego elektoratu.
Coraz mniej Ameryki
Co napisawszy, nie będę bynajmniej twierdził, jak sugeruje PiS, że ten temat o czymkolwiek samodzielnie przesądza. Zapewne nie przesądza, podobnie zresztą jak inne "przewiny" Tuska i jego ludzi wobec Amerykanów. Choć prawda, ten premier popisał się kilkakrotnie aktami piramidalnej nieprzezorności (można ją nazwać mocniej).
Lament, żeby nie "podbierać" amerykańskich żołnierzy Niemcom, można jeszcze jakoś politycznie tłumaczyć. Choć nawet zwykle powtarzający za premierem szef MSZ Sikorski musiał osłabiać złe wrażenie wynikłe z tego oświadczenia.
Ale kto kazał ponoć bardzo doświadczonemu politykowi, jakim jest Tusk, spotykać się akurat w tak gorącym czasie z aktorem George'em Clooneyem i żartować z nim sobie na temat imienia "Donald"? Trump Clooneya nienawidzi, jest przewrażliwiony na własnym punkcie i śledzi takie rzeczy z czujnością krokodyla. To naprawdę robi wrażenie dywersji.
Zarazem ogólny kierunek zmian w amerykańskiej polityce można wyczytać z ich nowej doktryny bezpieczeństwa. Zanosiło się na to od dawna, Europa traci dla Amerykanów status priorytetu.
Możliwe, że pożałowania godne gesty Tuska dodatkowo osłabiają polską pozycję w tej układance. Ale możliwe, że byliśmy na to skazani tak czy inaczej. Komunikaty PiS nie wynikają z precyzyjnej wiedzy na ten temat, a z logiki międzypartyjnej wojny. Czyli też z polityki wewnętrznej.
Doskonale wiemy, co dziś każda ze stron będzie powtarzać. Prawica Kaczyńskiego obwinia Tuska. Rząd pyta, czy prezydent Nawrocki nie powinien pomóc. I już dziś zakłada, że skutecznie nie pomoże. Strony ani na chwilę nie przestają się tym tematem okładać po głowach.
Trochę się na tym tle wyróżnia szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz, próbujący być i bardziej retorycznie proamerykański, i bardziej koncyliacyjny wobec prezydenta.
Jeśli strona polska ma na cokolwiek wpływ, to jego wysiłki dają się zauważyć, ale też są skutecznie osłabiane, między innymi przez jego własnego szefa.
Obie strony grają znaczonymi kartami. Możliwe, że teza, iż moglibyśmy liczyć we wszystkim na Trumpa, gdyby nie intrygi Tuska i Niemców, to sianie złudzeń. A to linia obozu Kaczyńskiego i Nawrockiego.
Ale z kolei wniosek obecnej koalicji: Amerykanie zdradzili, radźmy sobie sami, w ramach unijnej polityki obronnej, też jest co najmniej pochopny. To rodzaj samospełniającej się przepowiedni.
Oczywiście, że Amerykanie są mniej pewnym sojusznikiem niż byli kilka lat temu. To kwestia obiektywnych procesów odchodzenia od zimnej wojny, ale także chaotycznego, nieprzewidywalnego stylu prezydentury Donalda Trumpa.
Czy jednak należy ten chaos jeszcze pogłębiać? W imię podlizywania się unijnemu mainstreamowi, czy własnym wyborcom, którzy nienawidzą Trumpa równie mocno jak Kaczyńskiego i Nawrockiego.
Na dobrą sprawę nie wiemy dziś na czym stoimy, co jest dodatkowym przyczynkiem do Trumpowskiego chaosu. Czy stan liczebny amerykańskiego kontyngentu w Polsce zostanie odtworzony? Wiceprezydent Vance i sekretarz wojny Hegseth pocieszają Polaków, że nic się nie zmieni.
Mówią to jednak bez konkretów. A szef wojsk amerykańskich w Europie generał Alexus Grynkewicz ogłasza otwarcie, że Polska i kraje bałtyckie dojrzewają do momentu, gdy będą zdolne bronić się same. Mówi to w dzień, kiedy litewscy politycy musieli się chować w schronach przed dronami.
Powiedzmy sobie szczerze: jeśli ten drugi ton okaże się bardziej miarodajny, amerykańska prawica podetnie trochę skrzydła prawicy polskiej, tej bardziej umiarkowanej, otwierając zarazem większą przestrzeń Mentzenowi, jeśli nie Braunowi.
Na kompromitację pohukiwań o europejskiej polityce obronnej przyjdzie czas później, w ciągu paru lat. Może więc Tusk postępuje racjonalnie, dodatkowo zniechęcając Amerykanów?
Może dzięki temu nawet wygrać kolejne wybory - fatalnie rządząc. Zarazem zapowiada atak Rosji za kilka miesięcy. Także na użytek polityki wewnętrznej, ale co wtedy, kiedy to straszenie okaże się bliższe prawdzie, niż się samemu Tuskowi wydaje?
Piotr Zaremba











![Mam pytanie do Krzysztofa Stanowskiego: Serio? [OPINIA]](https://i.iplsc.com/000MWUDP7AXR4A2I-C401.webp)


