Zbigniew Ziobro z zapałkami przy beczce prochu
Sprawa Zbigniewa Ziobry nie jest kolejnym ekscesem polaryzacyjnym czy etapem wojny polsko-polskiej. To coś znacznie poważniejszego, ponieważ dotyka sedna ustrojowej matni, w jakiej się znaleźliśmy. Kwestionowanie legalności państwa to zabawa zapałkami przy beczce prochu.

Oto po raz pierwszy po przełomie 1989 roku były wieloletni minister sprawiedliwości, obwiniany o pozakonstytucyjne zdewastowanie systemu sądowniczego, jest oskarżany przez prokuraturę o bardzo poważne przestępstwa, ale nie chce poddać się weryfikacji przed sądem i decyduje się na ucieczkę przed odpowiedzialnością.
Podważa legalność instytucji, kwestionuje zarzuty, wypowiada posłuszeństwo państwu polskiemu rządzonemu przez obecną koalicję.
Od "szeryfa" do "miękiszona"
Jednocześnie inni politycy Prawa i Sprawiedliwości - były premier Mateusz Morawiecki czy Krzysztof Szczucki - nie mają z tym problemu i swoje sprawy chcą rozwiązać przed polskimi sądami, a sprzeciw manifestują jedynie werbalnie. Nie chowają się, nie uciekają na Węgry.
To rozdwojenie w postawie polityków PiS - uznawać państwo czy go nie uznawać - jest kluczowe, ponieważ pokazuje polityczny i świadomy charakter tej niekonsekwencji. Skoro państwo jest nielegalne, to dlaczego część polityków PiS temu zaprzecza? Zbigniew Ziobro, idąc w ślady przebywającego już na Węgrzech Marcina Romanowskiego, również oskarżanego o poważne przestępstwa, ma wsparcie Jarosława Kaczyńskiego, który rządy Donalda Tuska opisuje jako autokrację, a nawet totalitaryzm.
To kalka języka, jakiego opozycja używała wobec władzy PiS w czasach, gdy obserwowaliśmy, jak Beata Szydło odmawiała drukowania wyroków Trybunału Konstytucyjnego, jak przy pomocy reasumpcji przepychano ustawy, jak instalowano w systemie dublerów i neosędziów, jak obradowano w Sali Kolumnowej Sejmu, nie dopuszczając opozycji do głosu. Dziś o tamtych sprawach mało kto pamięta, jednak to wówczas Ziobro kreował się na niezłomnego szeryfa, chętnie opowiadał o konieczności rozliczeń białych kołnierzyków i o tym, że "nie można być miękiszonem". I finalnie sam naraził się na to, że będzie tak nazywany.
Czy Ziobrze wolno więcej?
Oczywiście Morawiecki i Szczucki doskonale wiedzą, że postawa Ziobry ma związek z powagą stawianych mu zarzutów, a nie z tym, że "prokuratura jest nielegalna", a "Tusk się mści". To opowieść, która ma uzasadniać desperację, zwłaszcza że wśród poważnych prawników nie ma jednomyślności w ocenie tej sprawy. Jedni rzeczywiście krytykują procedurę powołania obecnego Prokuratora Krajowego, ale inni uważają, że odbyło się to legalnie, decyzja jest w obiegu prawnym, Sąd Najwyższy nie mógł rozstrzygnąć tej sprawy w składzie złożonym z wadliwie powołanych sędziów.
Zresztą już za czasów rządów PiS Jarosław Kaczyński i Ryszard Terlecki zwracali uwagę na to, że wydawanie pieniędzy z Funduszu Sprawiedliwości jest problematyczne i w przyszłości może stać się źródłem poważnych kłopotów politycznych i karnych. Kaczyński napisał nawet specjalny list do Ziobry, żeby go ostrzec. A Terlecki wprost krytykował polityków z partii Ziobry.
Postawa Ziobry każe też zadać pytanie, komu wolno więcej, a komu mniej. Czy Ziobro jest kimś lepszym, czy też "wszyscy są równi wobec prawa"? Gdyby to zwykły obywatel musiał się mierzyć z podobnymi problemami, nie miałby szans na pomoc węgierskiego przyjaciela PiS. Gdyby dodatkowo walczył z ciężką chorobą, nie mógłby używać tego argumentu, by szukać litości, bo przed decyzją sądu o aresztowaniu byłby poddany stosowanej w takich sytuacjach procedurze, a sąd musiałby wziąć pod uwagę opinię biegłego.
Piekło bezprawia
Dziś obrońcy Ziobry mówią o tym, że reżim Tuska chce zastosować wobec byłego ministra areszt wydobywczy, a to przecież w czasach PiS zdarzyło się na przykład, że niemal osiemdziesięcioletnia podejrzana siedziała przez rok w areszcie, a w tym czasie była tylko raz przesłuchana. Gdyby ktoś chciał przymknąć oko na taką hipokryzję, musiałby uznać jednocześnie, że dewastująca debatę publiczną strategia odwracania znaków to uprawniona metoda uprawiania polityki. A przecież tak nie jest.
PiS liczy zapewne na to, że Ziobro przeczeka sprawę, nie da sobie postawić zarzutów, czym zablokuje skierowanie aktu oskarżenia do sądu, a gdy prawica znów weźmie władzę, to wszystko odkręci i zacznie ścigać Tuska. Jeśli jednak uznamy, że politycy, którzy w zasadzie zniszczyli władzę sądowniczą w Polsce, sami mogą dowolnie decydować, które zarzuty można im postawić, kto ma to robić, czy prokuratura jest legalna, czy stawać przed sądem, a może niekoniecznie, to szybko znajdziemy się w piekle bezprawia bez umowy społecznej, które jest rajem dla populistów nowego typu.
A pesymistyczna pointa jest taka, że praworządność w Polsce - państwie przecież demokratycznym, gdzie uznaje się werdykty wyborów - może uratować tylko konsensus, którego… nie będzie. Zwłaszcza jeśli Ziobro nie zostanie rozliczony przez niezawisły sąd, tylko dokona za kilka lat własnej zemsty.
Przemysław Szubartowicz














