Zbigniew Ziobro kpi z "fujar". Wizerunkowa katastrofa
Antypaństwowa i pozaprawna postawa Ziobry jest nie do obrony. Ale jego ucieczka do USA jest policzkiem wymierzonym władzy. Tym bardziej dotkliwym, że na oczach obywateli realizuje się wizja z jego sławnych słów o tym, że ma do czynienia z "fujarami". Nawet jeśli ta niemoc bierze się z przewlekłości legalnych procedur, jest to wizerunkowa katastrofa. Także dla PiS.

Sprawa ucieczki Zbigniewa Ziobry - najpierw na Węgry, teraz do Stanów Zjednoczonych - jak w soczewce skupia w sobie wszystkie patologie populistycznej rewolucji i wszystkie niemoce demokratycznego państwa prawa.
Ziobro (podobnie jak jego współpracownik Marcin Romanowski) postanowił zakpić z równości obywateli wobec prawa, używając subiektywnego przekonania o politycznym charakterze zarzutów i zasłaniając się własną sytuacją zdrowotną.
PiS z połkniętym językiem
Gdyby zwykły Kowalski uznał, że nie zgadza się z prokuratorem i oskarżył go o brak niezależności, a na dodatek zasłonił się chorobą, która zawsze przecież w takich sprawach podlega ocenie biegłego i sądu, nie mógłby liczyć ani na azyl na Węgrzech, ani na przychylność amerykańskich sojuszników Polski. Ziobro więc korzysta ze statusu niedostępnego przeciętnemu obywatelowi.
Jednocześnie Ziobro sprawnie używa paradygmatu populistycznej rewolucji, która podważa porządek umowy społecznej oraz symboliczne fundamenty państwa prawa w duchu cywilizacji zachodniej.
Nie podoba mi się ten rząd, ten sąd, ten prokurator, więc nie zamierzam stosować się do zasad takiego państwa - mówi nowoczesny populista. "Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?" - przypomina się, w odwróconym znaczeniu, sławna fraza z "Misia" Stanisława Barei.
Tyle że w Polsce Ziobro ma tak naprawdę niewielu sojuszników. Konfederacja krytykuje jego sposób działania, a Prawo i Sprawiedliwość broni go urzędowo, z połkniętym językiem, ponieważ tak naprawdę uciekający Ziobro jest dla partii Jarosława Kaczyńskiego wielkim obciążeniem wizerunkowym. Zwłaszcza że inni politycy PiS, jak Mateusz Morawiecki, Dariusz Matecki czy Krzysztof Szczucki konfrontują się ze swoimi problemami prawnymi w Polsce. Nigdzie nie uciekli.
Kłopot dla władzy
To, co robi Ziobro, jest nieprzyzwoite nie tylko z punktu widzenia moralności społecznej, ale pokazuje też ambiwalentność relacji z obecną administracją Stanów Zjednoczonych.
Jeśli w wyjeździe byłego ministra sprawiedliwości pomógł urzędowo, jak podają media, Donald Trump przy sprzeciwie sekretarza stanu Marca Rubio i ambasadora USA w Polsce Toma Rose'a, stawia to polskie państwo w trudnej pozycji. O wiele mniej komfortowej, niż wówczas, gdy Ziobrę otoczył opieką upadły dziś Viktor Orbán.
Z jednej strony państwo musi bronić decyzji o ściganiu podejrzewanego o przestępstwa polityka PiS, pamiętając, że istnieje domniemanie niewinności, a o ewentualnej winie zdecyduje niezawisły sąd.
Z drugiej zaś zostało postawione w sytuacji, w której międzynarodowy sojusznik - o ile nie wyda Ziobry w przypadku wniosku o ekstradycję - będzie działać przeciwko polskiemu systemowi prawnemu.
Ucieczka Ziobry do USA jest też policzkiem wymierzonym władzy. Tym bardziej dotkliwym, że na oczach obywateli realizuje się wizja ze sławnych słów byłego ministra sprawiedliwości o tym, że ma do czynienia z "fujarami".
Ziobro ze statusem korespondenta dziennikarskiego prawicowej telewizji opowiadający na antenie o tym, jak to po 2027 roku wróci i postawi przed sądem obecną władzę, to obrazek, który staje się kłopotem dla koalicji rządzącej.
Czy można bardziej śmiać się w twarz prawu i sprawiedliwości oraz idei obiecywanych rozliczeń?
Pusty śmiech
Kiedy czyta się komunikaty prokuratury o tym, że trwa ustalanie miejsca pobytu Ziobry, gdy on w tym samym czasie na antenie telewizyjnej odgraża się tym, którzy go nieskutecznie szukają, u obserwatorów może pojawić się tylko pusty śmiech.
Nawet jeśli nie jest to wina nieporadności śledczych, tylko powolnych procedur prawnych, którym państwo musi być wierne, powstaje wrażenie niemocy tego państwa wobec własnych gromkich haseł o rozliczeniach.
Ziobro zakpił z prawa i z państwa, a pomocników ma wśród międzynarodowych sojuszników Polski. Jeśli uniknie okazji do skonfrontowania poważnych zarzutów przed sądem, obecnie rządzący nie będą mogli liczyć na to, że ktoś poważnie będzie traktować ich opowieści o rozliczeniach. A lekcję ze skuteczności rozliczeń sami dostaną w dniu, w którym zabierze się za nie Ziobro (lub jego koledzy).
Przemysław Szubartowicz













