Zaskakująco łagodny początek kohabitacji Nawrockiego i Tuska
Po brutalnej kampanii prezydenckiej równie brutalny początek kohabitacji prezydenta z premierem wydawał się oczywisty. Na razie obaj panowie wybrali jednak hipokryzję zamiast otwartej politycznej jatki. Zarówno nowy w polityce Nawrocki, jak też Tusk testujący potencjał nowego przeciwnika, zastanawiają się, jak taką wojnę prowadzić, by samemu przedstawić się jako "książę pokoju", a odpowiedzialnością za konflikt (i jego koszty dla państwa) obciążyć drugą stronę.

Wojna prezydenta z rządem już się rozpoczęła. Wojna o interpretację konstytucyjnych uprawnień, wojna o "krzesło" (w tym wypadku także o dostęp do ucha Donalda Trumpa), wojna z użyciem inicjatyw ustawodawczych prezydenta (mogących zniszczyć budżet państwa, jednak nawiązujących do obietnic wyborczych, jakie w 2023 roku składał sam Donald Tusk), być może wkrótce wojna z użyciem prezydenckich wet (pierwsza w kolejce na weto czeka "ustawa wiatrakowa").
Na razie ta wojna jest jednak prowadzona bez nadmiernej agresji. Bez niepotrzebnych (chyba że do mobilizacji najtwardszych spośród własnych zwolenników) zaczepek. A przecież takie obustronne zaczepki towarzyszyły nawet kohabitacji pomiędzy Tuskiem i Dudą, od którego Nawrocki miał być znacznie twardszy.
Na razie jest trochę tak, jakby nowy skład reprezentantów duopolu wymuszał na obu stronach przynajmniej chwilę zastanowienia - jakich środków w tej wojnie używać, czy aby nie zdecydować się na zupełnie nowe otwarcie. Tusk wyraźnie testuje Nawrockiego, a Nawrocki (i jego otoczenie) zastanawia się, jaką przyjąć strategię i jaki wybrać wizerunek własnej prezydentury.
Względnie łagodni ludzie prezydenta
Na tę względną łagodność konfliktu ma wpływ sam skład personalny nowej kancelarii prezydenckiej. W polskiej polityce mamy polityków (i polityczki) w rodzaju Janusza Kowalskiego, Ewy Zajączkowskiej-Hernik i wielu, wielu innych, którzy nie umieją przedstawiać własnych racji, nie umieją inaczej komunikować się z politycznymi przeciwnikami, niż zaczepiając, obrażając, ad personam, często nawet wulgarnie.
Tymczasem szczególnie Marcin Przydacz i Zbigniew Bogucki nie są politykami z poziomu Janusza Kowalskiego czy nawet Przemysława Czarnka (Czarnek potrafi "modulować głos", wybiera brutalność nie dlatego, że inaczej nie umie, ale dlatego, że widzi w tym własny wizerunkowy interes "twardziela"). Zarówno w rozmowach nieoficjalnych jak też przy włączonych kamerach wolą zachowywać się cywilizowanie, nawet "partyjny przekaz dnia" przybiera w ich ustach postać argumentów, a nie jedynie martwej, czasem agresywnej recytacji zleconego zadania.
Jednocześnie obaj pozostają absolutnie lojalni wobec własnej formacji i własnego lidera. Jeśli PiS lub Kaczyński tak postanowią, również oni są gotowi użyć "grubych" argumentów - z poziomu "zdrady" czy "odpowiedzialności za Smoleńsk". Nie jest to jednak ich naturalny język, oni wyraźnie tego języka nie lubią. Woleliby uprawiać politykę zamiast bójki w barze.
Najbardziej agresywny styl (przypominający niestety trochę poziom Janusza Kowalskiego czy Przemysława Czarnka) Przydacz zastosował jak do tej pory w mediach społecznościowych nie wobec Tuska czy Sikorskiego, ale wobec dziennikarza "Gazety Wyborczej" Bartosza T. Wielińskiego, z którym polemizował na temat odpowiedzialności premiera lub prezydenta za nieobecność przedstawiciela Polski w czasie ostatnich rozmów w Waszyngtonie:
Także kiedy Bogucki atakuje Żurka - jako były adwokat i prokurator został ustawiony na froncie wojny o prokuraturę i sądy, gdzie trudno sobie wyobrazić kompromis - znów, na tle tego, co widzimy codziennie w telewizyjnych studiach czy na forach społecznościowych, gdzie okładają się politycy lub publicyści o politycznych namiętnościach albo interesach, jego styl to wciąż jeszcze Wersal.
Konflikt jest nieunikniony, lecz jak go prowadzić
Unikanie nadmiaru agresji nie powinno przesłaniać oczywistego zderzenia interesów prezydenta i rządu. Nawrocki (i jego ministrowie wywodzący się z PiS) ma jeden podstawowy polityczny cel: maksymalnie osłabiać i wykrwawiać Tuska do wyborów 2027.
Można jednak ten konflikt zmienić w "brudną wojnę", która jeszcze bardziej zdemoralizuje wyborców i osłabi państwo. Przez pierwsze dwa tygodnie kohabitacji ani Nawrocki, ani Tusk tego nie zrobili.
A przecież mieli okazje. Pierwszą z nich był udział Nawrockiego w jednej z telekonferencji zachodnich liderów poprzedzającej szczyt Tusk-Putin na Alasce (tej z udziałem Donalda Trumpa). Stało się to po wyraźnym sygnale z Białego Domu, że Trump nie życzy sobie uczestnictwa Tuska w rozmowie. W dwóch innych telekonferencjach (bez udziału Trumpa) wziął z kolei udział Tusk, a nie był obecny Nawrocki.
Ingerencja w to, z kim się chce rozmawiać ze strony polskiej, przypomina trochę XVIII-wieczną epokę, w której ambasadorowie "zaprzyjaźnionych mocarstw" decydowali, z kim chcą z polskiej strony rozmawiać i kto powinien Polską rządzić.
I byłaby wystarczającym powodem do wymiany obelg, gdyby stronami byli Kaczyński i Tusk, a może nawet Tusk i Duda. Tymczasem spotkanie Nawrockiego i Tuska, które nastąpiło wkrótce po owych "rozłącznych" rozmowach, upłynęło spokojnie, a deklaracje obu jego uczestników po zakończeniu rozmowy były wprost nieskazitelne.
Podobnym pretekstem do wymiany złośliwości czy agresywnych ataków pomiędzy premierem i prezydentem mogła stać się nieobecność jakiegokolwiek przedstawiciela Polski na szczycie w Waszyngtonie (zarówno zwolennicy Tuska twierdzący, że jest on "królem Europy", jak też zwolennicy Nawrockiego i PiS przekonujący, że dostęp polskiej prawicy do ucha Trumpa jest wręcz absolutny - okłamują swoich zwolenników i to kłamstwo wyszło). Znów jednak przy tej okazji zaczepiali się raczej politycy drugiego planu i publicyści, podczas gdy Nawrocki i Tusk zachowali się wyjątkowo powściągliwie.
W tym samym czasie Tusk podpisał nominacje generalskie wynegocjowane wcześniej przez Pałac Prezydencki i MON. Pomiędzy Przydaczem i MSZ-em toczą się także (na razie za zgodą zarówno Nawrockiego jak też Tuska) negocjacje na temat wymiany "głowy Bogdana Klicha" na nominacje innych ambasadorów wciąż jeszcze blokowanych przez brak prezydenckiego podpisu. Taka wymiana pozwoliłaby ponoć "zachować twarz" obu stronom.
Wojna pomiędzy prezydentem i rządem będzie prowadzona, tyle że w białych rękawiczkach. Pierwszymi jej salwami są inicjatywy ustawodawcze prezydenta (CPK w wersji "obywatelskiej", czyli w wersji PiS oraz PIT Zero dla rodzin z dwójką dzieci, który wraz z innymi ustawami prezydenckiego "Planu 21" może rozwalić budżet, ale to przecież "budżet Tuska", którego ewentualna katastrofa nie obciąży prezydenta czy opozycji).
To są jednak klasyczne metody walki politycznej, której granic ani Nawrocki, ani Tusk jeszcze wobec siebie nie przekroczyli. Na razie wciąż zastanawiają się, jak taką wojnę prowadzić, jaka strategia pozwoli nie tyle uniknąć konfliktu, co sprawić, że w oczach większej części Polaków odpowiedzialność za ten konflikt będzie spoczywać na "drugiej stronie".
Cezary Michalski















