Zaremba: Usłyszałem, że mogę w każdej chwili umrzeć. Na SOR przesiedziałem cztery godziny
Rządowy zamysł likwidacji 30 procent szpitali to scenariusz kataklizmu, uderzającego w ludzi. Tyle że ani Adrian Zandberg, ani Krzysztof Bosak nie oferują precyzyjnych recept ratunkowych. Nikt ich nie oferuje.

Zwykle nie wplątuję osobistych zwierzeń do swoich politycznych opinii. Tym razem zrobię wyjątek, bo nagle mój los, konkretnie moje zdrowie, stało się przyczynkiem, ilustracją, społecznego zjawiska. Pod koniec czerwca trafiłem do szpitala. Miałem zator płucny związany z zakrzepem.
W kolejce do szpitala
Ten źle wyglądający zator został wykryty dzięki tomografii w prywatnej przychodni. Lekarka, która oglądała wyniki, twierdziła - potem słyszałem to wiele razy - że mogę w każdej chwili umrzeć. Przy tej przychodni jest także prywatny szpital. Tyle że tam nie leczą takich rzeczy. Ale przerażona lekarka oferowała mi karetkę. Miała mnie zawieźć do szpitala państwowego.
W parę godzin później jednak samodzielnie wylądowałem na SOR renomowanego warszawskiego szpitala. Przesiedziałem tam cztery godziny. Pierwszym, który ze mną rozmawiał, był arogancki facet w stroju ratownika medycznego.
Zniechęcał mnie jak mógł do swojego szpitala, pytał, dlaczego nie poszukałem ratunku na swojej Pradze (choć formalnie rejonizacja została zniesiona). Odnosił się do mnie z ostentacyjną pogardą. Chciał wiedzieć, czy ktoś z lekarzy tego szpitala mnie może do przyjęcia polecić. Po kolejnej godzinie "ułaskawił" mnie lekarz. Lepiej rozumiał wyniki tomografii? Czy poskutkowała jednak nieśmiała interwencja pewnego profesora z kompletnie innego oddziału?
Zrozumiałem, że te legendarne zatory na SOR-ach wcale nie muszą być wynikiem przeciążenia personelu. Nie, one mają odstraszać potencjalnych pacjentów, których jest zawsze za dużo. Kiedy potem opowiadałem o moich przygodach lekarzom z oddziału chorób wewnętrznych, lekko zawstydzeni tłumaczyli, że tamten osobnik spełnia rolę swoistego ochroniarza czy bramkarza. Uważali go za część systemu, który musi funkcjonować właśnie tak.
Dodam, że sam pobyt w szpitalu okazał się owocny. Lekarze z interny byli sympatyczni i kompetentni. Zapisali mi co trzeba, wyszedłem. Mamy sprawny personel lekarski. Byle tylko do niego dotrzeć…
Po co to opowiadam? W Polsacie prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Łukasz Jankowski, a w niemal niezauważonym wywiadzie sama minister zdrowia, której nazwiska nie pamiętają posłowie koalicji, potwierdzili, że istnieje plan likwidacji 30 procent szpitali w kraju. Doktor Jankowski mówił też, że Narodowy Fundusz Zdrowia jest bliski bankructwa.
Brakuje mu już w tym budżecie 14 miliardów złotych, w budżecie przyszłym ma brakować 26 miliardów. Trudno oddzielić to zjawisko od ogólnej zapaści finansów publicznych. A jeśli zniknie prawie jedna trzecia szpitali...
To nieprawda, że chodzi tu tylko o ekonomicznie racjonalne skomasowanie szpitalnej infrastruktury. Będzie mniej SOR-ów i mniej oddziałów. Droga pacjenta jeszcze się wydłuży, a jeśli nastąpi uderzenie w szpitale powiatowe, ludzie będą mieli do podstawowej pomocy dalej.
Prezeska Luxmedu Anna Rulkiewicz uznała ostatnio, że każdy powiat nie powinien mieć szpitala, to zbędny luksus dziedziczony po komunizmie. Czy skądinąd nie wyraziła w ten sposób nadziei prywatnej służby zdrowia na jakąś przebudowę medycznego rynku? PiS podejrzewa o takie intencje rząd - nieudolność ma być przykrywką dla pomysłów prywatyzacyjnych. Prawda? Nieprawda?
Kataklizm w miejsce zadyszki
Rzecznik rządu Adam Szłapka o planie redukowania szpitali naturalnie "nie słyszał". Zaprzecza także przypadkom odsyłania przed końcem tego roku pacjentów onkologicznych. - Mam twarde zapewnienie od pani minister zdrowia, że pacjenci onkologiczni są leczeni normalnie, planowo. To świadczenia nielimitowane - opowiada.
Mówił o tym jednak doktor Jankowski, a media wskazywały konkretne szpitale i regiony, gdzie do takich sytuacji dochodzi. Szłapka, a za jego pośrednictwem Donald Tusk, tłuką termometr, żebyśmy nie poznali naszej wspólnej gorączki. Tak naprawdę zajmują się jednym: ściganiem Zbigniewa Ziobry.
Przypominanie co ta koalicja obiecywała w sferze opieki zdrowotnej dwa lata temu, stało się zajęciem jałowym. Wszelkie rekordy pobiła Polska 2050. Szymon Hołownia ogłaszał, że to lekarze będą dzwonić do pacjentów, a jeśli państwowa służba zdrowia będzie zwlekała z koniecznymi procedurami, z budżetu NFZ opłaci się taką usługę w zakładach prywatnych. Ale Koalicja Obywatelska też solennie zapowiadała skrócenie kolejek do lekarza. Nie przypominam sobie, aby mówiła o likwidowaniu szpitali.
Prawda, żadna z ekip po 1989 roku nie poradziła sobie z problemami opieki zdrowotnej. PiS pacyfikując strajk lekarzy rezydentów, posuwał się do jątrzącej propagandy. Ale wtedy inteligencja jednoczyła się przeciw temu. Teraz uwagi Tuska o nadmiernych zarobkach medyków oburzają tylko prawicę.
Stała zadyszka służby zdrowia, bo kolejki były i za PiS, zmienia się w niszczycielski kataklizm. Dlaczego? Poprzednia minister zdrowia Izabela Leszczyna narzekała w jednej z wielu groteskowych wypowiedzi, że pisowski NFZ spełniał każdą zachciankę szpitali. No to przyszli ci, którzy położyli kres tej "rozrzutności".
Nie podejmę się objaśnienia fenomenu tej zapaści, bo nie słyszę racjonalnych objaśnień, poza pisowską uwagą, że obecna ekipa rządzi jeszcze fatalniej od poprzedniej i ewentualnych podejrzeń o prywatyzacyjny spisek. Tym bardziej nie słychać precyzyjnych recept na naprawę. Z ciekawością słuchałem ostatnio pojedynku polityków reprezentujących dwa skrzydła: lewicowca Adriana Zandberga i wolnorynkowego prawicowca Krzysztofa Bosaka. Temat służby zdrowia zajął im w Krynicy najwięcej czasu.
I choć żadnemu z nich nie odmawiam błyskotliwości, żaden mnie nie przekonał. Zandberg tłumaczył, że przekształcanie instytucji zajmujących się pieniędzmi na zdrowie to mieszanie łyżeczką w herbacie bez cukru. Była to odpowiedź na wywody o takich pomysłach Konfederacji jak wielość konkurujących ze sobą funduszów w miejsce NFZ.
Potrzebne są większe środki, dowodził lewicowiec i prawie mnie przekonał. Na to Bosak użył argumentu też w jakiejś mierze przekonującego. Co roku do systemu dosypuje się więcej, a nie mniej pieniędzy, ale on się okazuje beczką bez dna. Należałoby system po prostu uszczelnić.
Słyszę tę mantrę od lat 90. I nawet gotów jestem uwierzyć, że AWS-owskie kasy chorych byłyby skuteczniejsze od SLD-owskiego molocha, jakim jest NFZ. Ale politycy, którzy o tym mówią, poprzestają na ogólnikach. Bosak ma prawo się nie znać na szczegółach. Ale czy Konfederacja ma kogoś, kto te intuicje rozpisze na precyzyjny scenariusz? Nawet najlepiej w tym zorientowany Andrzej Sośnierz senior operuje hasłami.
Z kolei Zandberg ma rację, kiedy woła: więcej pieniędzy. To się ujawniało choćby przy okazji sporu o obniżanie składki zdrowotnej. Byłem przeciw, ze smutną świadomością, że niektórych drobnych przedsiębiorców obciążono ponad miarę. Tyle że Partia Razem nie ma z kolei nic do powiedzenia na temat owego wyciekania czy marnowania pieniędzy.
Raz jeden jestem gotów przyznać rację Markowi Migalskiemu, komentatorowi tyleż niepoważnemu co toksycznemu: "Szpitale nie przyjmują pacjentów. Ale wy kochacie partie, które budują wielkie lotniska, przekopują mierzeje, dają 3 MILIARDY rocznie na TVP, finansują 4-dniowy tydzień pracy wybranym urzędom, planują organizację Igrzysk Olimpijskich. A wasi bliscy będą czekać na operacje".
Tyle że to diagnoza prawdziwa, ale wnioski jałowe, bo żadna wspólnota nie wyrzeknie się setek swoich celów w imię skutecznej ochrony zdrowia. Sam pisałem wiele razy: najpierw operacje dla potrzebujących, dopiero potem stadiony i cała reszta. To bicie grochem o ścianę. Choć pewnie od jakiejś zmiany priorytetów należałoby zacząć. Tylko od jakiej?
Piotr Zaremba














