Reklama

Reklama

Żądanie reparacji od Niemiec mnie nie oburza. Ale dziś to głównie temat na kampanię wyborczą

To dzisiejszy Berlin sypie piach w nasze szprychy, tocząc z polską prawicą boje o "praworządność". Odmawiając nam pieniędzy, nawet jako pośredniego wsparcia dla ukraińskich uchodźców. Dlatego wejście w reparacyjną awanturę od strony psychologicznej rozumiem. Ale boję się, że straty mogą być większe niż korzyści.

Występujemy oficjalnie o 6 bilionów 200 miliardów wojennych reparacji do rządu niemieckiego. I wygląda na to, że front dyplomatyczny będzie tu równie gorący jak front wewnętrzny. Co ja na to?

Wypada mieć twardą opinię. Tymczasem... "Poczekam, aż poglądy w tej sprawie przyjdą do mnie" - tak powiedział republikański senator z Pensylwanii Joseph Davis zmęczony zaciekłością wojny o prohibicję w USA. Mam podobny odruch w kwestii reparacji. Choć kilka spraw warto by odkłamać.

Czy mamy prawo?

Wierzę, bo jeszcze się nie wczytałem, że opracowanie zespołu posła Arkadiusza Mularczyka jest rzetelne. Suma ani mnie dziwi, ani przeraża. Ponieśliśmy naprawdę, my Polacy, straty nieporównywalne z niczym innym. Z punktu widzenia czysto edukacyjnego takie repetytorium być może przyda się światu. Aby objaśnić, skąd tak duże, nawet po tylu latach, zapóźnienie Polski wobec państw zachodnich. Nie z powodu "Polnische Wirtschaft" (polskiej gospodarki), z której Niemcy tak lubili się natrząsać.

Reklama

Najpierw o formalnej podstawie. Dziedziczymy jako suwerenna III RP prawne zobowiązania PRL. Decyzja z roku 1953 Biura Politycznego PZPR, a potem rządu komunistycznego o zrzeczeniu się sankcji (czy tylko wobec NRD czy całych Niemiec - Sowieci wciąż posługiwali się formułą jednego państwa niemieckiego), to naturalny prawny argument Berlina.

Można wskazywać, że niesuwerenna PRL tylko się dołączyła do Związku Sowieckiego, który się z nią niby dzielił wcześniej reparacjami. Można szukać (robią to prawicowi eksperci i prawicowe media) formalnych uchybień tego postanowienia. I można przypominać, że Polska nie do końca z tych reparacji wcześniej korzystała, bo zarazem "rewanżowała" się Stalinowi dostawami węgla. Mądry organ sądowy uznałby to wszystko za podstawę do podważenia tamtej decyzji. Ale oczywiście prawnicy często okopują się w obronie racji formalnych. Ta data, 1953 rok, już pada, i będzie padać.

Ciężko natomiast uznać takie argumenty, jak ten, że przecież dostaliśmy w następstwie wojny ziemie zachodnie, ze Szczecinem i Wrocławiem. To nie były reparacje, a ekwiwalent za terytorialne straty na wschodzie. Rozumiem, że Niemcy będą teraz pisać inaczej. Że niektórzy Polacy za nimi powtarzają, rzecz to dziwna.

Pytania do opozycji

Tym, którzy przedstawiają reparacyjne roszczenia jako swoiste szaleństwo, przypomnę dwie dodatkowe okoliczności. Pierwsza to uchwała Sejmu RP z 10 września 2004 roku. Podjęta prawie jednogłośnie, więc z poparciem PO, SLD i PSL, wzywała rząd Marka Belki do starań o uzyskanie reparacji wojennych i kompensaty finansowej za olbrzymie zniszczenia oraz straty materialne i niematerialne spowodowane przez niemiecką  okupację". Za tym tekstem głosował także Donald Tusk. Sprawa nie była, jak widać, uwikłana w kontekst polaryzacji i międzypartyjnej wojny.

Wypada spytać polityków opozycji, oburzających się dziś na PiS, że podnosi tę kwestię, co się zmieniło. Dlaczego mają inne zdanie niż kiedyś? Może istnieją racjonalne objaśnienia (inna sytuacja w Europie i na świecie, inna relacja Polski z Niemcami), ale trzeba przyznać, że w kontekście tamtego głosowania, samo hasło "powrót do reparacji" nie powinno być odbierane jako skrajność, ekstremizm czy wariactwo. Chciałbym skądinąd poznać tę odpowiedź, bo wygląda na to, że stanowiska są efektem wojny polsko-polskiej. Możliwe, że także silnych więzi łączących opozycję z Berlinem. W sprawie samych zobowiązań moralnych nic się przecież nie zmieniło.

Rzecz druga, to przykład Grecji. Prawda, że Niemcy szereg państw spłaciły, w tym tak absurdalne jak Meksyk, który prawda wypowiedział wojnę III Rzeszy w maju 1942 roku i wysłał swoich lotników w roku 1945 na front (akurat z Japonią), ale który nie poniósł żadnych strat na swoim terytorium. Skądinąd reparacje nie są formalnie odszkodowaniem. Ale jakiś związek tych sum z realnymi zniszczeniami i stratami się nasuwa. Grecja dobija się dziś reparacji. I nawet specjalnie nie ukrywa, że to także rodzaj odwetu na współczesnych niemieckich elitach korzystających z różnych swoich przewag w ramach Unii Europejskiej, przede wszystkim ekonomicznych. Zarazem Grecy naprawdę byli ofiarami tamtej wojny w stopniu mniejszym niż Polska, ale o wiele wiele większym od Meksyku. Dziś próbują o tym przypominać. I być asertywnymi.

Te dwie okoliczności powodują, że patrzę na reparacyjne żądania pisowskiej władzy bez emocji, tym bardziej bez oburzenia. Co nie znaczy, że nie mam wątpliwości i pytań do polityków, którzy tę sprawę dziś tak mocno stawiają.

Można odnieść wrażenie, że to o tyle dobry moment, iż mamy do czynienia ze współczesnymi kompromitacjami niemieckiego państwa, choćby w stosunku do Rosji i Ukrainy. Czy jednak jesteśmy pewni, że stan wrzenia w polskich relacjach z Berlinem, to coś optymalnego? Na razie korzystamy w potencjalnym starciu z Putinem z parasola amerykańskiego. A co jeśli z powodów geopolitycznych (starcie z Chinami na Pacyfiku) zostanie on przynajmniej częściowo zwinięty? Berlin i zdominowana przez niego Bruksela to co prawda sprzymierzeńcy zawodni. Ale co jeśli będziemy skazani głównie na nich?

Z tego punktu widzenia idealne byłoby twarde negocjowanie z Niemcami i być może choć częściowe odpuszczenie tych należności, w zamian za współczesne korzyści. Bo przecież na 6 bilionów  przy kruchych podstawach prawnych (choć mocnych moralnych) szans raczej nie ma. Nie wiem jednak, czy polska dyplomacja w pisowskim wydaniu jest do tego zdolna. Skądinąd kompletny brak wsparcia ze strony opozycji jeszcze ją osłabia.

Możliwe, że lepiej było to przetestować wcześniej. Byłby czas na spróbowanie, na presję. Dziś cała akcja może być przerwana w następstwie przegranych przez PiS wyborów. Rozumiem, że zespół Mularczyka nie mógł przygotować niczego w tydzień. Ale pracuje od roku 2017, to jednak bardzo długo. Wrzucenie tematu w ostatniej chwili robi wrażenie akcji obliczonej tylko na kampanijny temat. Zwłaszcza, kiedy są kłopoty z inflacją, z paliwami, ze wszystkim.

Wątpliwość druga jest ogólniejszej natury. Kilka razy porównywałem polską prawicę do czarnoskórych Amerykanów. Ich krzywdy w USA są niewątpliwe, bolesne. Ale też koncentrowanie się tylko na nich, coraz mocniejsze im dalej od linczów i segregacji rasowej, utrudnia obecnej czarnej społeczności awans i normalność. Najłatwiej każde swoje niepowodzenie tłumaczyć historycznymi krzywdami. Które są prawdziwe.

Boję się podobnego nastawienia polskich prawicowców. I boję się utrwalania takiej postawy wśród zwykłych Polaków. Warto być asertywnym, a więc czasem i roszczeniowym. Ale budowanie współczesnego patriotyzmu głównie wspominaniem dawnych nieszczęść (o których skądinąd trzeba pamiętać) budzi we mnie opór. Nie dlatego, że dotyka czy obraża Niemców (czy inne narody, które nas skrzywdziły). Bo z nas samych czyni istoty nie do końca efektywne.

Oczywiście warto pamiętać o dodatkowym kontekście. To dzisiejszy Berlin sypie piach w nasze szprychy tocząc z polską prawicą coraz mniej czytelne boje o "praworządność". Odmawiając nam pieniędzy, nawet jako pośredniego wsparcia dla ukraińskich uchodźców. Dlatego wejście w reparacyjną awanturę od strony psychologicznej rozumiem. Ale boję się, że straty mogą być większe niż korzyści. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy