Z długu trzeba umieć korzystać. Niestety Tusk nie umie
Problem z długiem publicznym Tuska i Domańskiego nie polega na tym, że on rośnie. Ani nawet na tym, że przekracza już konstytucyjną granicę 60 procent PKB. Sedno problemu tkwi w tym, że my nie wiemy, po co ten dług rośnie. I czy premier z ministrem finansów w ogóle panują nad finansami państwa.

Na koniec 2025 roku polski dług publiczny był na poziomie 59,7 proc. PKB. W tym roku idzie na (wedle szacunków) 65 proc. To zdecydowanie najwięcej od początku polskiej transformacji. Więcej niż 53 proc. z roku 2010 i 56 proc. z 2020.
Trudno zresztą by dług się nie powiększał, skoro deficyt budżetowy (czyli przyrost długu publicznego w ujęciu rocznym) z poziomu 3,4 proc. PKB w roku 2022 skoczył do 6,4 proc. w 2024 i 7,3 proc. w 2025.
Nie zamierzam was jednak straszyć, że te liczby to zapowiedź rychłego końca świata i niechybnego bankructwa Polski. Bo to by było kłamstwo oraz nadinterpretacja.
Powiem więcej - ten wzrost długu nie musiałby nas szczególnie martwić. Mógłby być on nawet dowodem na to, że Polska gospodarka wkroczyła w fazę szybkiego wzrostu, wrzuciła szósty bieg i finiszuje rozpoczęte lata temu procesy nadganiania dystansu rozwojowego do światowej czołówki.
To się jednak nie dzieje. Przeciwnie - Polska swój potencjał rozwojowy stale pod rządami Donalda Tuska wygasza. A od samego rządu słyszymy na każdym kroku, że nie ma na to i nie ma na tamto. Powstaje więc zasadne pytanie - dlaczego my oszczędzamy, a dług nam rośnie? Co się tu u licha dzieje?
Aby sensownie odpowiedzieć na to pytanie musimy odpowiedzieć, czym dług publiczny w ogóle jest? A także czym… nie jest.
Mamy iść w stronę Bangladeszu?
Zacznijmy od tego, że dług publiczny to jest rodzaj narzędzia. Takiego bardzo użytecznego "wichajstra" do prowadzenia normalnej i zdrowej polityki ekonomicznej. Dług powstaje wówczas, gdy rząd uznaje, że chce zaopatrzyć swoich obywateli w różnego typu usługi, których ci obywatele słusznie oczekuję. To powszechne szkolnictwo i zdrowie publiczne, inwestycje strategiczne, infrastruktura, obronność albo bezpieczeństwo, polityka społeczna oraz (gdy zajdzie taka potrzeba) także antykryzysowa.
Jednocześnie ten sam rząd zazwyczaj (zupełnie zresztą słusznie) nie chce paraliżować aktywności gospodarczej przy pomocy nadmiernego fiskalizmu. Nie chce ściągać siłą nadmiernie dużo pieniądza od firm, fabryk i gospodarstw domowych. Wie bowiem (i ma rację), że aktorzy życia gospodarczego z tzw. sektora prywatnego tego pieniądza potrzebują. Bez niego obrót gospodarczy wyschnie, zwiędnie, skurczy się i zaniknie.
Z różnicy tych rozchodów i przychodów powstaje suma bilansowa zwana długiem publicznym. Tym właśnie jest dług. Filozofią rządowej polityki gospodarczej zapisaną w formie cyfry zestawionej z ogólny poziomem PKB. Niczym więcej i niczym mniej.
Czym w takim razie dług publiczny nie jest? Otóż na pewno nie jest prostym dowodem na złą politykę gospodarczą rządu. Większość bogatszych i lepiej od nas rozwiniętych gospodarek zachodniego świata ma dług publiczny na wyższym poziomie od Polski. I odwrotnie. Najbiedniejsze i najsłabiej kraje azjatyckie, afrykańskie czy południowoamerykańskie mają niższy od polskiego poziom długu publicznego.
Czy to miałby być dowód, że powinniśmy iść w stronę Bangladeszu, Etiopii albo Białorusi (wszędzie tam dług publiczny jest na poziomie 40 proc. PKB). A jednocześnie gardzić Japonią (230 proc. długu publicznego do PKB) albo Singapurem, USA, Francją czy Kanadą, gdzie dług przekracza znacznie 100 proc. PKB?
Nie będzie żadnej "drugiej Grecji"
Rosnący dług publiczny nie jest też żadnym dowodem na rychłe bankructwo kraju. Dzisiejsze polskie zadłużenie przeżywamy tam mocno tylko dlatego, że zaczyna ono przekraczać poziom 60 proc. PKB. Ta granica została zaś wpisana do polskiej konstytucji z roku 1997 jako górna granica dopuszczalnego zadłużenia.
Warto jednak wiedzieć, że tamten zapis znalazł się w konstytucji z bardzo konkretnej przyczyny. Wpisali go tam liberałowie z Unii Wolności Balcerowicza (był wówczas szefem partii) w porozumieniu z nawróconymi na neoliberalizm postkomunistami w rodzaju Kwaśniewskiego i Cimoszewicza.
Zapis był prostą kalką traktatu o ustanowieniu UE (czyli tzw. Traktatu z Maastricht), gdzie owe 60 proc. długu było jednym z tzw. kryteriów konwergencji. To znaczy rodzajem warunku/wytycznej potrzebnych do wejścia do euro. Innymi słowy, tamta granica zadłużenia jest zupełnie anachronicznym pomnikiem dawno nieaktualnych (i na szczęście poronionych) planów na rychłe oddanie złotego. Był przejawem ówczesnych naiwnych prymusowskich ciągot naszej klasy politycznej w kryzysie dziecięcej choroby liberalizmu. Z której już na szczęście wyszliśmy.
Nie istniały wtedy i nie istnieją nadal żadne dowody na to, że po przekroczeniu owych magiczno-mitycznych 60 proc. długu do PKB z gospodarką dzieje się coś szczególnie niebezpiecznego. Przytaczana jako straszak Grecja nie dlatego wpadła w kłopoty i głęboki kryzys z lat 2011-2016, że jej dług przekroczył 120 proc. PKB. To był symptom, a nie przyczyna choroby trawiącej Grecję.
Sedno problemu tkwiło zaś w tym, że pozbawiony suwerenności walutowej rząd w Atenach nie mógł przywrócić konkurencyjności swojej gospodarki. Ich deficyt handlowy był zaś permanentny, co powodowało odpływ pieniądza z rynku. Bank centralny nie mógł temu zaradzić, zwiększając emisję drachmy. Bo drachmy już nie było. Grecki kryzys był kryzysem dysfunkcjonalnej waluty euro. A nie kryzysem długu publicznego!
Nie dług jest problemem
Dopiero wiedząc, czym dług publiczny jest i czym nie jest, możemy należycie ocenić politykę gospodarczą rządu Tuska. Zobaczymy wtedy dość szybko, że naszym problemem nie jest dziś dług. Problemem jest to, że Polska Tuska i Domańskiego pomimo rosnącego zadłużenia traci impet rozwojowy z lat poprzednich.
To dowód, że narzędzie do prorozwojowej polityki gospodarczej kraju nie działa. Dług publiczny w rękach Tuska i ekipy jest jak smartfon użyty jako podpórka pod chybotliwe łóżko. Albo - bo ja wiem - jak nowe auto prosto z salonu przerobione na stojak na kwiatki.
Widać to na przykładzie wygaszonych, wstrzymanych lub okrojonych inwestycji strategicznych. Takich jak CPK, z którego zostały tylko szprychy. Albo fabryki Polimerów w Policach, otwartej w roku 2023 i zatrzymanej dwa lata później.
Widać to także w coraz bardziej niezrozumiałej filozofii wydatków publicznych. Przed rokiem 2023 była ona z grubsza znana. Polskę - co do zasady - miało być stać. Najlepiej bez ściągania sobie na głowę gniewnych pomruków pilnującej tzw. budżetowej dyscypliny Brukseli. I to się udawało. Za czasów Tuska jest zupełnie inaczej.
Z jednej strony jest permanentny nakaz cięcia kosztów w zdrowiu publicznym, czego przejawem są zamykane placówki i zmniejszana podaż przeróżnych zabiegów od zaćmy po kolonoskopię. A także zamrożenie wzrostu płac dla pracowników budżetówki czy poziomu płacy minimalnej (wzrost tej ostatniej przyniósłby bowiem wzrost wydatków państwa występującego w roli pracodawcy).
Z drugiej strony mamy zgłaszane lekką ręką zapowiedzi nowych wydatków (dopłaty do emerytur artystycznych). Albo próby zmniejszenia przychodów budżetowych (jak choćby zablokowana przez prezydenta Dudę obniżka składki zdrowotnej dla przedsiębiorców).
Nie liczba, lecz polityka
Sprzeczności interesów w ramach rządu zawsze oczywiście były i zawsze będą. Jeżeli jednak nie stoi za tym pewien ogólny kierunek, to mamy politykę nieprzewidywalną i sytuacyjną. W takich warunkach nie da się sensownie używać narzędzia, jakim jest dług publiczny. I jeszcze więcej. Wiele wskazuje na to, że pośpiech w poszukiwaniu i domykaniu finansowania zewnętrznego (na przykład unijnej pożyczki SAFE) jest właśnie pochodną tej złej polityki.
Tusk i Domański chcą tych pieniędzy, by wrzucić je w zmniejszenie presji na finanse publiczne, by móc pokazać, że "opanowali sytuację". Sam sens używania narzędzia długu do prowadzenia dalekowzrocznej polityki ekonomicznej państwa jest w takich warunkach zwyczajnie niemożliwy. Znajduje się bowiem kompletnie poza horyzontem takiego rozumowania.
I to - a nie sam poziom długu - jest dziś naszym największym problemem.
Rafał Woś














