Wszystkie odsłony Platformy Obywatelskiej
Donald Tusk do perfekcji opanował zarządzanie strachem swoich zwolenników przy jednoczesnej umiejętnej neutralizacji ich oczekiwań. W doktrynie Tuska liczy się siła. Słabi nie mają racji. Po śmierci Andrzeja Olechowskiego, jednego z "trzech tenorów", Leszek Jażdżewski przybliża kolejne wcielenia Platformy Obywatelskiej.

Śmierć Andrzeja Olechowskiego, jednego z oryginalnych "trzech tenorów", to moment refleksji - również nad ewolucją Platformy Obywatelskiej, która po 25 latach istnienia przekształciła się w Koalicję Obywatelską.
I. Początki
W 2001 roku Platforma Obywatelska powstawała jako partia obywatelskiej energii, sprzeciwu wobec tradycyjnej polityki, optymizmu, pokoleniowych aspiracji.
"Internet to jest całkiem niezły wynalazek" - to Donald Tusk otwierający powołanie Platformy Obywatelskiej w hali Olivii w 2001 roku.
Pewna mądra gazeta napisała: jest trzech tenorów, tylko orkiestry nie widać. Droga gazeto, to jest dziś największa orkiestra na Pomorzu. I zobaczycie za trzy tygodnie. I nie robimy wam tego na złość, że to będzie największa orkiestra w Polsce
Entuzjazm towarzyszący kandydaturze bezpartyjnego Andrzeja Olechowskiego mimo tego, że nie wszedł do drugiej tury wyborów, towarzyszył komitetom powstającym w odpowiedzi na wezwanie trzech tenorów.
Popularność Olechowskiego, autorytet Płażyńskiego i zręczność polityczna niedocenianego wówczas Donalda Tuska, pozwoliły na bazie dawnego KLD i Młodych Demokratów dokonać nowego politycznego otwarcia.
Pamiętam, jak wiele osób, które wcześniej nie angażowały się politycznie, dołączały do budowanych struktur w poczuciu, że nie jest to jeszcze jedna partia polityczna - pojęcie skompromitowane źle ocenianymi rządami AWS-UW i SLD-owskiego aparatu, ale ruch społeczny, który odnowi polską politykę i tchnie nadzieję w zmęczone i wypalone społeczeństwo.
Ideą napędzającą masowy - jak na warunki polskie - zaciąg do polityki dawała obietnica prawyborów - czyli że tak naprawdę każdy ma szansę zostać posłem. A wtedy bycie posłem to było naprawdę "coś".
PO, której większość kluczowych postaci wywodziła się z Unii Wolności (w której grali role co najwyżej pomocnicze), od początku była budowana jako partia zdrowego rozsądku "ludu" w kontrze do przemądrzałych "elit".
Platforma w idealny sposób wpisywała się w partię w opozycji do całego politycznego systemu. Może dlatego tak trudno było i jest się jej się odnaleźć z programem pozytywnym, kiedy sprawuje rządy.

II. Przyspieszenie
Andrzej Olechowski szybko znalazł się na marginesie partii, którą zakładał. Jego niechęć do pracy partyjnej i koncentrowanie się na wyzwaniach programowych, a także porażka w wyborach na prezydenta Warszawy sprawiły, że miał niewielki wpływ na kierunek ideowy Platformy Obywatelskiej.
Nie pomagało też to, że nie zasiadał w Sejmie - nigdy nie był parlamentarzystą, wbrew oficjalnemu nekrologowi opublikowanemu… przez Platformę Obywatelską. Z partii odszedł również Maciej Płażyński, który ewidentnie nie odnajdywał się jako przewodniczący i który narzekał, że tęskni za partią prawicową.
Przełomowym momentem była afera Rywina i komisja, w której na gwiazdę pierwszej wielkości wyrósł Jan Rokita, który został przewodniczącym klubu PO w Sejmie.
Olechowski opublikował artykuł "Nie warto umierać za Niceę", w odpowiedzi na który Rokita i Tusk ogłosili swój tekst "Nicea albo śmierć". Chodziło o system przeliczania głosów, korzystny dla Polski i Hiszpanii, i warunki wejścia Polski do Unii.
Spór sprawił, że Olechowski de facto przestał angażować się w PO, a pierwszoplanową rolę zaczął odgrywać Jan Rokita oraz Zyta Gilowska, tworzący z Donaldem Tuskiem nowy polityczny triumwirat.
Tamta Platforma była radykalna. Ścigała się z PiS na ustawę lustracyjną i zniesienie immunitetów.
Rokita w komisji Rywina maglował Michnika i Urbana i wierchuszkę SLD, PO w stosunku do postkomunizmu była co najmniej tak radykalna jak kojarzący się z walką układem PiS braci Kaczyńskich.
Platformersi postulowali wprowadzenie okręgów jednomandatowych jako sposobu na odpartyjnienie polityki - choć wszędzie, gdzie te okręgi funkcjonują, partie mają więcej, a nie mniej władzy.
Rokita i Jacek Saryusz-Wolski ścierali się z rządem Millera o politykę europejską pod hasłem "Nicea albo śmierć" oraz kwot mlecznych.
PO chciała wprowadzić 15-proc. podatek liniowy, co oznaczało podniesienie VAT-u m.in. na jedzenie. I co pośrednio doprowadziło do podwójnej porażki w wyborach prezydenckich i parlamentarnych w 2005 roku po słynnym spocie o lodówce i znikających pluszakach.
Rokita - reklamujący się jako "premier z Krakowa" - pozostał nim tylko na plakatach wyborczych. Był to chyba ostatni liczący się polski polityk, który tak bardzo wierzył w program rządzenia, że faktycznie stworzył go wraz z ciekawym zespołem ekspertów pod wodzą Stefana Kawalca.
III. Wielka smuta
Czas w opozycji do rządów PiS, LPR i Samoobrony to był wielki test na przetrwanie Platformy i de facto stworzenie nowego podziału na scenie politycznej.
POPiS, za którego niepowstanie obwiniono Kaczyńskich, choć po latach de facto wiadomo, że Tusk nie mógł do niego dopuścić na zasadzie słabszego partnera, zamienił się w PO kontra PiS, w którym Platforma konfrontowała się w imieniu III RP z radykalizującym się Kaczyńskim, przejmując dużą część bojącego się prawicy elektoratu SLD i resztek po Unii Wolności.
To wtedy nastąpił faktyczny sojusz salonu (w tym mediów) z PO. Wcześniej przez dużą część elit Tusk i jego zaplecze byli traktowani podejrzliwie i niepoważnie, pamiętano im rozbicie partii Geremka i "nieodpowiedzialne" postulaty pod publiczkę.
Walka z wyskokami Leppera i fundamentalizmem Giertycha (dziś pupilkiem Donalda Tuska) zbudowała wiarygodność PO również w młodszym pokoleniu, dla którego było to pierwsze brutalne zderzenie z projektem politycznym opartym na resentymencie do nowoczesności i europejskości, kołach napędowych rozwoju i polityki w Polsce od przełomu w 1989 roku.
W międzyczasie Zyta Gilowska trzasnęła drzwiami, po dętych oskarżeniach o nepotyzm z racji na pracującą w jej biurze poselskim synową (pracowała tam, zanim poznała syna Gilowskiej), a dla Jan Rokity nie było już miejsca w projekcie, którego główne ostrze wymierzone było w PiS-owską wersję IV RP.
Gdy jego żona ogłosiła przystąpienie do rady Lecha Kaczyńskiego ds. kobiet, a potem start w wyborach z list PiS, zmarginalizowany Rokita wycofał się z polityki.
IV. Dwór i zielona wyspa
Tusk został sam na placu boju. Jako premier otoczył się grupą bliskich współpracowników, ale nikt z nich, nawet Grzegorz Schetyna, nie odgrywał już takiej roli jak wcześniejsi współliderzy.
Tusk zbudował swoją pozycję jako modernizator, który ratuje Polskę przed kryzysem, a z drugiej strony "nie robi polityki", tylko buduje mosty i stadiony.
A co najważniejsze, ratuje Polskę od rządów PiS, który, szczególnie po katastrofie smoleńskiej, stał się z partii walczącej o jakąś wizję nowoczesności partią kanalizującą przede wszystkim rozmaite fobie i uprzedzenia swojego lidera, co przez osiem lat nie wystarczało do wygrania jakichkolwiek wyborów.
Tusk podniósł wiek emerytalny i powołał zespół Boniego, który miał wypracować wizję Polski do roku 2030. Nie przełożyło się to jednak na realia rządzenia.
PO stawała się coraz bardziej pragmatyczną partią władzy, przeprowadzającą spektakularne transfery polityczne i coraz mniej przejmującą się opiniami ekspertów i intelektualistów.
Mając w swoich szeregach zarówno Gowina jak i Palikota, zdawała się zagospodarowywać całe polityczne spektrum, od lewa do prawa.
Euro 2012 przyniosło de facto wyczerpanie się paliwa transformacji imitacyjnej, która od 1989 napędzała polskie ambicje "nadganiania" Zachodu i gotowość do wyrzeczeń w imię akcesji do Unii, a potem kryzysu ekonomicznego. Platforma przespała ten moment i razem z odejściem Tuska na szefa Rady Europejskiej straciła zarówno pomysł na siebie jak i przywódcę, który w zasadzie jednoosobowo definiował jej rację bytu.
V. Interregnum
PO Kopacz, Schetyny i Budki to faktyczne interregnum w dziejach PO. O sile polaryzacji w Polsce świadczy to, że przetrwała dziewięć lat mimo głębokiego kryzysu i braku silnego przywództwa.
Partia w tym czasie, na fali protestów przeciwko rządom PiS, zaczęła coraz bardziej otwierać się na coraz bardziej postępowe poglądy swoich wyborców. Klasy średniej, dla której ultrakonserwatywny i nacjonalistyczny kurs pod wodzą Kaczyńskiego był nie do przyjęcia.
Stąd zmiana stosunku do aborcji i związków partnerskich.
PO, której twarzą stał się w pewnym momencie kandydujący na prezydenta Rafał Trzaskowski, starała się iść, choć nieprzekonująco i z zastrzeżeniami, z duchem czasów.
Partia nie potrafiła jednak znaleźć odpowiedzi na mieszankę narodowego szantażu w połączeniu z hojnymi wydatkami socjalnymi PiS-u. Łatka partii elitarnej, która skąpiła ludziom, podczas gdy PiS "znalazł" pieniądze, które PO przeciekały przez palce (słynne VAT-owskie karuzele) przylgnęła na długo.
Partia się nie podzieliła, ale nie nastąpiło realne odnowienie czy to kadrowe, czy to programowe. Cały obywatelski zryw z czasów rządów PiS Platformę jakby ominął.
To było coś zewnętrznego, manifestacje, gdzie można było strzelić selfie z wyborcami, a nie źródło zasilające odnowę skostniałej i przegrywającej raz po raz partii.
VI. Powrót Tuska
Tusk wrócił ratować projekt życia. Obawa, że Trzaskowski pod rękę z Hołownią rozmontują mu partię, była zbyt silna.
Młode pokolenie liderów pod wodzą Borysa Budki samo wezwało dawnego szefa na pomoc. To pewnie jeden z przełomowych momentów, kiedy PO mogła pójść w innym kierunku.
Powrót doświadczonego byłego premiera pod wieloma względami zmusił ją do utrzymania konserwatywnych pozycji, odejścia od postępowego języka, zgodnego z wrażliwością większości jej wyborców na rzecz neutralizowania prawicowej retoryki PiS.
Tusk miał w sobie wolę zwycięstwa, którą potrafił zarazić innych. Nie był już może jeźdźcem na białym koniu jak kilka lat wcześniej, polaryzował i denerwował wielu, nie tylko zwolenników PiS.
Ale potrafił zmobilizować ludzi i wyprowadzić ich na ulicę, co w połączeniu z fenomenalnym zrywem obywatelskim dało PO zwycięstwo (choć z drugiej pozycji) w wyborach w 2023 roku.
Strach przed PiS-em nie był już wyobrażeniem, ale konkretnym doświadczeniem. Tusk mówił językiem wartości, znajdował powody, dla których bardzo różni ludzie tej władzy mogą się sprzeciwiać.
I potrafił połączyć ich, jak wtedy, gdy przemawiał w Hali Olivii, nie tyle tym, za czym się opowiadają, ale raczej przeciw czemu występują.
Premier Tusk do perfekcji opanował zarządzanie strachem swoich zwolenników przy jednoczesnej umiejętnej neutralizacji ich oczekiwań. Szczególnie w starszym pokoleniu zwolennicy wybaczyć mu mogą praktycznie wszystko. W doktrynie Tuska liczy się siła. Słabi nie mają racji.
Moralną rewolucję w opozycji zastąpiło rządzenie pragmatyczne, w zasadzie administrowanie - wpływ ma na to również brak narzędzi ustawowych, wobec porażki w wyborach prezydenckich kandydata KO.
Tusk perfekcyjnie adaptuje się do zmieniających się warunków gry. Nie próbuje się z nimi szarpać jak Kaczyński, któremu raz udaje się je zmienić, innym razem ponosi porażkę.
Tusk zna swojego przeciwnika doskonale i wie, że umie z nim wygrywać. Musi tylko zachować spójność własnego politycznego obozu. Cała reszta to didaskalia.
Dziś uznał, że trzeba ciągnąć w stronę konserwatywną, jakby planował walczyć o wyborcę prawicowego. Jaki jest w tym sens, skoro ten wyborca nie ufa Tuskowi albo go nienawidzi? W partii dawno już nauczyli się, że intuicji szefa się nie kwestionuje.
W cieniu Tuska nie może wyrosnąć żaden lider - nie pozwoliłby na to. Każdy zna swoją rolę i ją gra. Albo odpada.
Dlatego nawet przy słabnącym Kaczyńskim lub (w razie jego odejścia) proces wyłonienia nowego przywództwa i nowego otwarcia - już nie w Platformie, ale Koalicji Obywatelskiej - będzie dużo trudniejszy niż się wydaje.
Czy istnieje dla tej partii życie po Tusku?
Leszek Jażdżewski

















