Wszyscy przeciwko wszystkim
Obok głównej walki - Nawrockiego z Tuskiem - w polskiej polityce toczy się kilka innych konfliktów, które w 2026 roku mogą zmienić bieg spraw. Ta wojna wszystkich ze wszystkimi może być znakiem nadchodzącej rewolucji, ale równie dobrze może zakończyć się cichym sykiem sparciałego balona.

Mimo dość stabilnej sytuacji sondażowej (silna Koalicja Obywatelska oddałaby władzę pokawałkowanej prawicy) w polskiej polityce nadchodzi czas zderzeń personalnych. Może - choć nie musi - wyłonić się z nich zupełnie nowy obraz i układ sił. Nie musi, bo politycy są dość tchórzliwi (albo ostrożni) i wyznają raczej zasadę, że lepsze jest wrogiem dobrego. Wolą więc czekać na swoją szansę, niż być aktywnymi kreatorami ryzykownych zdarzeń.
By dokonał się jakiś zasadniczy przełom czy fundamentalny zwrot, trzeba albo desperacji, albo specyficznych historycznych okoliczności, albo prawdziwej determinacji popartej dobrze skonstruowanym planem.
Ta wojna nie opłaca się Polsce
O ile desperatów nie brakuje, a moment historyczny może być uznany za szczególny - kończy się bowiem dominacja konfliktu w ramach starego mainstreamu - o tyle dobrze przemyślanej polityki trudno wypatrywać. Wszystko skrojone jest pod sondaże i badania nastrojów. Po ofensywnych strategiach autorskich nie ma śladu.
Nie zmienia to faktu, że scenę polityczną czeka sporo jawnych i ukrytych bitew, w których wezmą udział przedstawiciele wszystkich ugrupowań. Najważniejsze starcie - o władzę po 2027 roku - rozegra się między Donaldem Tuskiem a Karolem Nawrockim. Zapowiedzi ocieplenia ich relacji w imię bezpieczeństwa narodowego - na przykład poprzez organizację spotkania z szefami służb - to teatr dla tych, którzy politykę postrzegają w kategoriach romantycznych.
W istocie w wyniszczającej wojnie między premierem i prezydentem chodzi o brutalne zaznaczenie dominacji we własnych obozach oraz narysowanie nowych granic polskiego pęknięcia. A przede wszystkim o to, czy rząd utrzyma władzę, czy też Nawrocki zjednoczy prawicę od PiS-u do Grzegorza Brauna.
Tusk może też bez strat wizerunkowych porzucić "odwieczną wojnę z Jarosławem Kaczyńskim, a Nawrocki zdetronizować prezesa Prawa i Sprawiedliwości. Ta wojna wprawdzie nie opłaca się Polsce - a na horyzoncie zaczęło majaczyć widmo prawicowego polexitu - ale opłaca się skonfliktowanym obozom politycznym.
Jednak Kaczyński nie jest jeszcze "emerytowanym zbawcą narodu", jak przed laty planował w wywiadzie z Teresą Torańską. Wciąż jest liderem największego prawicowego ugrupowania opozycyjnego w Polsce i wciąż wiele od niego zależy. Na przykład to, czy nadal będzie ignorował "zniewagi" prezydenta, który zawetował choćby popieraną przez prezesa PiS ustawę łańcuchową, czy też wejdzie z Nawrockim w konflikt, tak jak wiele lat temu z Andrzejem Dudą.
Stracone złudzenia PiS
Kaczyński doskonale zdaje sobie sprawę, że prezydentowi bliżej do Konfederacji, szczególnie do frakcji Krzysztofa Bosaka, ale wie też, że zanim Nawrocki zechce przejąć zwierzchnictwo nad PiS-em i prawicą, będzie lojalnie, wspólnie i w porozumieniu zwalczał Tuska. Konflikt Nawrocki-Kaczyński do wyborów będzie tlił się w ukryciu, a niejeden polityk prawicy przyznaje po cichu, że ewentualna zmiana warty w tym obozie nie odbędzie się w przyjaźni.
Kaczyński - widząc, że Tusk ma już nowego przeciwnika w aktualnej rozgrywce - rozpaczliwie usiłuje wzbudzić zainteresowanie dawnego polaryzacyjnego rywala, ale jednocześnie musi gasić pożary wewnątrz własnej partii. Tu główny konflikt rozgrywa się między nim a byłym premierem Mateuszem Morawieckim, który nie kryje ambicji przywódczych i robi wszystko, by jego frakcja nie została w partii zmarginalizowana, a nawet aby zaczęła w niej dominować. W kolejce do wewnętrznych bitew stoi też Przemysław Czarnek.
I choć prezes PiS chce podobno uciec do przodu, zgłosić konstruktywne wotum nieufności wobec rządu Tuska z młodym kandydatem na premiera, pogodzić skłócone frakcje, to jednak konflikt w największej partii opozycyjnej jest realny i nie zgaśnie tylko dlatego, że życzy siebie tego Kaczyński. PiS nie skonsumował zwycięstwa Nawrockiego, a na prawicy urosła konkurencja, która odbiera dawnej partii władzy nadzieję na samodzielne rządy i hegemonię.
Braun, czyli problem całej prawicy
Kaczyński już teraz prowadzi agresywną wojnę ze Sławomirem Mentzenem i jego "darwinizmem społecznym" oraz z Grzegorzem Braunem i jego antysemickimi ekscesami. O ile jednak lider Konfederacji ma własnego rywala w osobie Bosaka, który nie jest libertarianinem, tylko narodowcem, o tyle Braun jest dziś problemem całej prawicy.
Wizerunkowym - bo jego niebezpieczny radykalizm stawia pod ścianą Kaczyńskiego, Mentzena i Bosaka razem wziętych, gdyż żaden z nich nie chce aż tak jawnie atakować Ukrainy, obrażać Żydów i namawiać do polexitu (choć niektórzy robią to półgębkiem, tak bardzo są zafascynowani antyeuropejską krucjatą Donalda Trumpa).
Braun jest także problemem ściśle politycznym - bo PiS-owi trudno się do niego upodabniać, a Konfederacji zachować twarz antyestablishmentowego buntu. Agresywny polityk spod znaku gaśnicy przesunął okno Overtona w najdalsze i najbardziej odstręczające zakątki, spychając Mentzena i Bosaka na pozycje niemal centroprawicowego głównego nurtu.
Dlatego na prawicy trwa wojna wszystkich ze wszystkimi, która zakończy się z chwilą, gdy ewentualna powyborcza wizja obsadzania spółek państwowych każe natychmiast zakopać topór wojenny i wspólnie przejąć władzę.
Powrót Trzaskowskiego?
Obok zderzeń Tuska z Nawrockim, Nawrockiego z Tuskiem i Kaczyńskim, Kaczyńskiego z Nawrockim, Morawieckim, Mentzenem, Boskiem i Braunem, Brauna ze wszystkimi, Mentzena z Bosakiem (o kształt Konfederacji) - toczy się mikrowojna Rafała Trzaskowskiego o powrót do wielkiej polityki.
Nie wiadomo, czy prezydent Warszawy będzie umiał wypowiedzieć posłuszeństwo Tuskowi, czy będzie czekał na jego zmierzch, czy stanie na czele nowego ugrupowania, czy zechce przejąć Koalicję Obywatelską, z czego kiedyś zrezygnował, czy może nie zrobi nic i dotrwa do końca swojej kadencji w stolicy. Wiadomo, że jest to wciąż jedyny polityk (obok przygaszonego ostatnio Radosława Sikorskiego), który ma papiery na to, by stać się aktywnym liderem politycznym. W ramach KO lub poza nią.
Dla premiera jest rywalem wewnętrznym właśnie z tego powodu, że wśród młodszego pokolenia nie objawił się dotychczas nikt o tego typu ambicjach i możliwościach. Im będzie bliżej wyborów, tym głośniejsze stanie się pytanie, czy rządy w Polsce da się utrzymać w formule hegemonii i monowładzy po stronie obozu demokratycznego, czy raczej trzeba otworzyć się na kilka nurtów.
O wojnie między Włodzimierzem Czarzastym, który wspiera premiera, a Adrianem Zandbergiem, który jest w opozycji, można mówić dziś wyłącznie w kategoriach powtórki z rozrywki. Ten konflikt na lewicy może skończyć się tak, jak w 2015 roku, kiedy formacja ta nie weszła do Sejmu, dzięki czemu PiS uzyskało samodzielną większość.
Niejasne są też relacje Władysława Kosiniaka-Kamysza z premierem, bo choć pozornie wszystko gra, to jednak widmo wyborów parlamentarnych może skłonić Polskie Stronnictwo Ludowe do szukania nietypowych rozwiązań na przetrwanie i pozostanie na orbicie parlamentarnej.
Tak czy owak, na zgodę w polskiej polityce nie ma co liczyć. Gra toczy się o władzę w kraju, w partiach i w kręgach politycznych, a otwartych konfliktów jest coraz więcej. Niektóre z nich toczą się na dwa fronty, o czym prędzej czy później przekonamy się naocznie.
Przemysław Szubartowicz













