Włodzimierz Czarzasty to wygodny cel amerykańskiej złości
Gdyby stosunki z jakimś polskim politykiem zerwał ambasador niemiecki, część opozycji, która dziś woła o dymisję marszałka Sejmu, zapewne krzyczałby o zamachu na państwową suwerenność. To nie zmienia faktu, że Czarzasty mógłby poduczyć się dyplomacji, o ile zależy mu na czymś więcej, niż tylko na popularności krajowej.

Zerwanie przez Stany Zjednoczone relacji z polskim marszałkiem Sejmu pokazuje, że cień postpolityki ostatecznie padł także na świat dyplomacji. Nie zepsuje to jednak stosunków polsko-amerykańskich, ponieważ Włodzimierz Czarzasty dla administracji Donalda Trumpa nie ma żadnego znaczenia. To gracz, który liczy się tylko na rynku wewnętrznym, więc jako krytyk amerykańskiego przywódcy okazał się wygodnym celem sojuszniczej złości.
Obecny wicepremier i szef resortu spraw zagranicznych Radosław Sikorski nie krył w przeszłości bardzo krytycznych uwag wobec Trumpa, ale dziś nikt mu tego nie wypomina i nie zrywa relacji. Może dlatego, że dysponuje realnym autorytetem w stosunkach międzynarodowych. Podobnie jak dawne ataki na Trumpa prowadzone przez J.D. Vance'a nie przeszkodziły mu zostać wiceprezydentem.
Kłopot z Włodzimierzem Czarzastym
Jednak reprymenda wobec Czarzastego ambasadora Toma Rose'a, który jednocześnie podkreślił "doskonałe relacje z premierem Tuskiem i jego rządem", a samego premiera nazwał "wzorowym sojusznikiem" i "wielkim przyjacielem Stanów Zjednoczonych", postawiła przed polską klasą polityczną pytanie, jaka jest granica między strategicznym sojuszem z przyjaznym mocarstwem a wpływem tego mocarstwa na polskie sprawy wewnętrzne. Zwłaszcza że awantura wybuchła niedługo po tym, jak Trump zdyskredytował europejskich, w tym polskich, żołnierzy z Afganistanu, a badania pokazują, że większość Polaków nie uważa już Stanów Zjednoczonych za wiarygodnego sojusznika.
W obronę Czarzastego zaangażował się premier, stwierdzając, że "sojusznicy powinni się szanować, a nie pouczać", a politycy różnych opcji - od lewa do prawa - wyrażali oburzenie i stwierdzali, że Polska nie jest amerykańską kolonią.
Tylko politycy PiS, miłośnicy ruchu MAGA pamiętający poparcie, jakiego Trump udzielił w kampanii Karolowi Nawrockiemu, stanęli po stronie amerykańskiego ambasadora. Być może gdyby stosunki z jakimś polskim politykiem zerwał ambasador niemiecki, pierwsi krzyczeliby o zamachu na państwową suwerenność.
Kłopot z Czarzastym nie polega na tym, że jako marszałek Sejmu powinien wziąć kilka lekcji sztuki dyplomacji. Ani na tym, że reakcja amerykańskiego ambasadora nie ma precedensu, ponieważ sam Trump jest na tyle ekscentryczny, że nietypowe gesty nikogo nie powinny dziwić, zwłaszcza jeśli przedstawiane są jako obrona czci głowy mocarstwa. Ani nawet na tym, że Tomasz Piątek poruszył kilka lat temu sprawę rzekomych wschodnich kontaktów szefa Nowej Lewicy, co podjęła teraz prasa prawicowa oraz prezydent Nawrocki, który chce o Czarzastym rozmawiać na Radzie Bezpieczeństwa Narodowego.
Świat błazenady
Problem polega na tym, że wszystko to odciąga Polskę od realnej polityki, spychając nas do świata błazenady i wątpliwej jakości filipik. W czasie, gdy wojna tocząca się za naszą wschodnią granicą trwa i raczej nieprędko się zakończy, a sytuacja geopolityczna nie napawa optymizmem.
W najbliższym czasie opinią publiczną w Polsce - jak w jednym z rysunków Marka Raczkowskiego - znów będzie wstrząsać "seria wydarzeń pozbawionych znaczenia". Posiedzenie RBN zamieni się w groteskę, Nowej Lewicy przybędzie zwolenników, bo zwarcia i wojny Czarzastego dadzą taki efekt, a kolportowany przez polityków opozycji sensacyjny scenariusz, w którym Polskie Stronnictwo Ludowe pod naciskiem Amerykanów zbuduje rząd techniczny z PiS, przez jakiś czas będzie podtrzymywany przy medialnym życiu.
Polscy politycy, pochwyceni przez przymus zamieniania wszystkiego w internetową rolkę o niskiej jakości, już dawno stracili z oczu wspólną rację stanu. Niby wiadomo to od dawna, ale ilekroć trzeba zakopywać wewnętrzne topory wojenne, by osłaniać własny kraj przed skutkami międzynarodowych burz, tylekroć topory te są odkopywane i idą w ruch. Tak jest i tym razem.
Nawet jeśli otwarty spór polityczny bez hipokryzji jest korzystny dla demokracji, to dziś jest niszczący dla państwa. Zwłaszcza że przypomina raczej zapasy w błocie.
Przemysław Szubartowicz














