Władza weszła w smugę cienia. Największy kryzys wizerunkowy od wyborów w 2023 roku
Premier musi czuć frustrację, że skandal w Szpitalu Południowym najgłośniej rozliczają… nierozliczeni, a zawołanymi moralistami stali się w tej sprawie ludzie od afer Funduszu Sprawiedliwości, RARS, Lasów Państwowych czy Willi Plus. Tyle że to w żaden sposób nie łagodzi degrengolady szpitalnego saloniku VIP dla polityków, a sprawa jest największym kryzysem Koalicji Obywatelskiej od 2023 roku.

Rządzący właśnie weszli w polityczną smugę cienia (zdali sobie sprawę, że w przyszłym roku naprawdę mogą stracić władzę). A afera w Szpitalu Południowym jest symbolicznym początkiem największego kryzysu wizerunkowego władzy od wyborów w 2023 roku.
Szybka reakcja - wyrzucenie Dawida Kacprzyka z Koalicji Obywatelskiej, pozbawienie go pracy w stołecznej placówce, zapowiedzi doraźnych zmian prawnych, wszczęcie kontroli w SOR-ach, rozpoczęcie śledztwa prokuratury - może nie ugasić skutecznie pożaru, który będzie się tlił aż do wyborów parlamentarnych. Zwłaszcza jeśli poznamy nazwiska polityków, którzy skorzystali z dobrodziejstw "szybkiej ścieżki" partyjnego kolegi doktora.
Obraz degeneracji
W pamięci Polaków będzie utrwalał się - samoistnie i z pomocą opozycji - obraz degeneracji: my, zwykli ludzie, musimy gnić po kilkanaście godzin na oddziałach ratunkowych albo w oczekiwaniu na wlew chemii, a oni, rozpasana władza, mają swój salonik dla VIP-ów i dostają pomoc po 10 minutach, bo szefem interesu jest ich partyjny kolega.
To oczywiście przerysowany obraz, bo nie cała władza i nie wszyscy politycy uwikłani byli w opisywany przez portal Zero patologiczny proceder. I nie wszyscy lekarze budują swoją karierę na cwaniactwie. Ale już niedawny przypadek Tomasza Lenza (zarzut załatwienia po znajomości zabiegu medycznego dla członka rodziny), z którym musieli mierzyć się rządzący, pokazał, że opinia publiczna nie wybacza kumoterstwa, gdy w grę wchodzą publiczne instytucje i pieniądze.
To nawet bardziej działa na wyobraźnię niż niebotyczne zarobki osiągane przez chytre (nikt nie jest w stanie pracować po 11 godzin dziennie nieprzerwanie przez rok i dodatkowo mieć inne zajęcia) wykorzystywanie obowiązującego systemu kontraktowego.
Dziś populistyczna prawica i populistyczna lewica używają przerysowanej opowieści o elitach gardzących ludem, ale afera w warszawskim szpitalu idealnie się w ten przekaz wpisuje i także w tym kontekście jest nie do obrony.
Premier został sam
Donald Tusk - orędownik partyjnej monowładzy - doskonale zdaje sobie sprawę, że w obliczu takiego kryzysu został w zasadzie sam. I sam będzie musiał zmierzyć się z rozwibrowaniem całego systemu ochrony zdrowia.
Po pierwsze dlatego, że wskazana przez niego minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda nie daje mu merytorycznego wsparcia, jest defensywna, nie proponuje głębokich reform, a jej działania są szerzej nieznane opinii publicznej.
Po drugie zaś - kosztownym dla wizerunku rządu wymiarem obecnej sytuacji jest fakt, że szpitalną aferę najgłośniej rozliczają… nierozliczeni przez obecną władzę poprzednicy.
To musi być frustrujące dla premiera, że ludzie od afer Funduszu Sprawiedliwości, Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych, Lasów Państwowych czy tzw. Willi Plus dziś stają się zawołanymi moralistami w sprawach odpowiedzialności politycznej i prawnej. Tylko czekać, aż pojawi się krytyka ze strony byłego ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego, który zamiast o respiratorach i maseczkach opowie o bogaczu bez specjalizacji w saloniku VIP.
To oczywiście nie zwalnia władzy z odpowiedzialności politycznej. Podobnie jak nie zwalnia jej z odpowiedzialności chętnie przywoływany w tym kontekście obrazek sprzed lat, gdy choremu na kolana Jarosławowi Kaczyńskiemu dostarczył do domu kule osobiście ówczesny dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego.
Ale dziś afera Szpitala Południowego jest aferą Koalicji Obywatelskiej i bardziej przypomina - jeśli chodzi o konotacje i moc rażenia - aferę hazardową niż nielegalnie nagrane pogaduchy przy ośmiorniczkach.
Niepewność
Dodatkowo afera wybuchła w chwili, gdy kondycja budżetu jest kiepska, dziura w finansach NFZ może w przyszłym roku wynieść 21 mld złotych, a środowisko medyczne nie ma ochoty brać udziału w odpowiedzialności zbiorowej za przewiny doktora Kacprzyka i sprzeciwia się doraźnym propozycjom rządzących, domagając się głębokich zmian systemowych w celu wyeliminowania ognisk patologii.
Afery w Szpitalu Południowym nie da się zbyć odpowiedzią, że system zbudowany jest na kontraktach, więc niektórzy lekarze dzięki temu są w stanie zarabiać krocie. Ani argumentem o czarnej owcy. Ani doraźnymi rozwiązaniami prawnymi gaszącymi pożar. Być może obecne przesilenie powinno stworzyć warunki do radykalnej zmiany systemu, skoro pompowanie w niego pieniędzy jest nieefektywne.
Dziś Donald Tusk stanął przed dylematem, czy bardziej musi być ministrem zdrowia, czy bardziej ministrem finansów, czy bardziej ekspertem od zarządzania kryzysowego. Polityczna przyszłość - także w obliczu sondaży - stała się właśnie więcej niż niepewna.
Przemysław Szubartowicz

















