Władza może stracić władzę. Czarne chmury nad rządem (i nie tylko)
Patrząc na sondaże, władza wymyka się Tuskowi z rąk. I choć prawica też nie ma zbyt wielu powodów do radości, to władza ma ich mniej. Głęboka rekonstrukcja rządu jesienią mogłaby być początkiem nieformalnej kampanii wyborczej na następny rok.

Większość ostatnich sondaży nie pozostawia złudzeń: w każdym badaniu Koalicja Obywatelska wygrywa, ale ta wygrana jest jednocześnie jej przegraną. Gdyby wybory odbyły się teraz, Donald Tusk i jego koalicjanci straciliby władzę, choć największa partia rządząca mogłaby chwalić się zajęciem pierwszego miejsca.
Czarne chmury
Dokładanie tak samo jak Prawo i Sprawiedliwość w 2023 roku, kiedy partia Jarosława Kaczyńskiego wygrała wybory, ale straciła szansę na rządzenie z powodu braku zdolności koalicyjnej. Czas do parlamentarnej elekcji w 2027 roku zaczął się kurczyć, a czarne chmury zawisły nad całą sceną polityczną.
Bo i prawica nie ma wielkich powodów do radości. Nie dość, że politycy PiS ze smutkiem odkrywają, że "efekt Przemysława Czarnka" nie nadchodzi, to dodatkowo wewnętrzne spory frakcji - choć zapudrowane opowieścią o "dwóch płucach pod jednym namiotem" - rozsadzają partię od środka. Mateusz Morawiecki bynajmniej nie zrezygnował z budowy swojego środowiska, tylko robi to ciszej niż przed kolacją z Jarosławem Kaczyńskim u Adama Bielana.
A i Konfederacja nie może mówić o wewnętrznej stabilizacji, bo po niedawnym ataku Sławomira Mentzena na gen. Wiesława Kukułę nawet Krzysztof Bosak skrytykował otwarcie współlidera swojej partii. Pokazuje to, że mariaż Nowej Nadziei i Ruchu Narodowego jest wyłącznie pragmatyczny. A to może mieć poważne konsekwencje powyborcze, jeśli doszłoby do dzielenia łupów.
Żądza władzy
Prawica wie, że aby po wyborach rządzić, PiS i Konfederacja musiałyby nie tylko dogadać się ze sobą, czyli wybaczyć sobie miotane co jakiś czas wzajemne obelgi, ale też podjąć współpracę z Grzegorzem Braunem wraz z jego antysemityzmem i agresywnością.
Pragnienie obalenia Tuska i żądza władzy mogą okazać się silniejsze od "ideałów", ale obecna władza liczy po cichu, że prawica po prostu się nie dogada.
A takie nadzieje są poważnym błędem, ponieważ aby utrzymać władzę, nie można liczyć wyłącznie na kłopoty przeciwników lub cud. Bez względu na polaryzację, która wymusza wojny kulturowe i bijatyki na atrakcyjne, nośne narracje, finalnie będzie się liczyć jakość rządzenia i mądrość przy rozdawaniu politycznych kart.
Jeśli Tusk poważnie myśli o utrzymaniu władzy, już dziś powinien rozważać jesienną głęboką rekonstrukcję rządu, aby pokazać sprawczość w tych obszarach, gdzie króluje niemoc.
Niewątpliwe sukcesy w polityce bezpieczeństwa (np. doprowadzenie do wdrożenia SAFE poza błędnym wetem prezydenta) czy dyplomacji (np. współpraca z Francją, Wielką Brytanią i Włochami, asertywność wobec kontrowersyjnych projektów Komisji Europejskiej) nie wystarczą, by przekonać tę grupę wyborców, która zderza się z niemocą ochrony zdrowia, przeszkodami w przedsiębiorczości czy realnym stanem własnych portfeli.
Jedna lista, zero szans
Podobnie jak nie da się wygrać wyborów, fantazjując o sile jednej listy, bo taka lista ma dziś moc równą zeru. Dokładnie tyle samo - zero - punktów procentowych przynieść może przejmowanie przez KO polityków z osłabionej i rozpękniętej Polski 2050, która podzieliła się na dwa kluby parlamentarne.
Poparcie dla partii prawicowych, które nie szykują się do jednego bloku, jest dość stabilne, ale na pewno dalekie od oczekiwań liderów. A sama KO jako hegemon nie będzie w stanie rządzić. Chyba że Polskie Stronnictwo Ludowe odbuduje poparcie, kluby Centrum i Polski 2050 znajdą sposób na inne życie polityczne, a Włodzimierz Czarzasty ponownie dogada się z Adrianem Zandbergiem, który bez tego może wystartować osobno lub razem z PiS.
Przemysław Szubartowicz















