"Dziennik Gazeta Prawna" podał, że trwają rozmowy o wspólnych listach PO i PSL z opcją, w której Władysław Kosiniak-Kamysz miałby zostać kandydatem na premiera. Czy to realny scenariusz czy wakacyjna polityczna plotka?
2-3 proc. PSL nie może się zmarnować
Obstawianie premierostwa przez osoby niebędące szefami największych partii kończyło się rozmaicie, patrz: premier PO z Krakowa Jan Rokita czy kandydat na premiera technicznego z PiS Piotr Gliński. Tą drogą podąża też śmiało Przemysław Czarnek wraz ze swoim efektem.
Tusk lubuje się w rozważaniu różnych wariantów, szukając w nich mocnych i słabych punktów. Takie sondażowe rozmowy mogą być niezobowiązującą próbą przymierzenia się do nowej politycznej rzeczywistości.
Postępuje zbliżenie PO z PSL-em. Zarówno na poziomie ideowym: orientacji na bezpieczeństwo, inwestycje i suwerenność narodową, z wyciszaniem sporów kulturowych jak i decyzji personalnych (Sobkowiak-Czarnecka w MON, wspólna kandydatka na prezydentkę Krakowa).
Kluczem są sondaże: 2-3 proc. PSL nie może pójść na zmarnowanie, nawet jeśli duża część z głosów partii podprogowych trafi do największej partii, czyli KO.
Przy podziale, który oscyluje w okolicach 50/50, ale z rysującą się przewagą prawicowej opozycji, za to rozdrobnionej, czyli tracącej w przeliczniku procentów poparcia na mandaty, koalicja rządząca musi skrzętnie uciułać wszystkie możliwe głosy, o ile chce mieć szanse na kontynuację sprawowania władzy.
Zwężenie dróg
Dla Tuska uzależnienie od siebie centroprawicowego koalicjanta odcina trwale fantazje o koalicji z prawicą czy jakiejś budowie nowej Trzeciej Drogi, która mogłaby zagrozić jego projektowi, tworząc rodzaj dwugłowego politycznego bytu w stylu CDU-CSU.
Pozwala to też zbudować się na terenach Polski południowo-wschodniej, gdzie PO jest słabsza, daje również alibi do tego, żeby stawiać mocniej na prawicowy przekaz w antypisowskiej odsłonie. W samej partii to się nie spodoba, bo PSL ma tak zdyscyplinowany elektorat, że znajdzie swoich kandydatów nawet na listach KO i jest duża szansa (ryzyko dla polityków KO), że wprowadzi ich do Sejmu.
Ale Tusk ma taką pozycję, że może się głosami malkontentów nie przejmować. Dla niego liczą się silne listy i szansa na, ostatnie i ostateczne zapewne, zwycięstwo nad Jarosławem Kaczyńskim.
Jest to również kierunek, na który chętnie postawi bliski Tuskowi krąg doradców, którzy nigdy nie czuli się komfortowo w progresywnej agendzie kojarzonej ze środowiskiem Rafała Trzaskowskiego. Byłoby to również ukoronowanie tego, co KO uznaje za pragmatyczną drogę adaptacji do prawicowej fali, jaka idzie przez Europę i świat.
Tusk w swojej partii nie ma następców. Starannie o to zadbał. Spośród polityków młodszych o pokolenie, to Kosiniak-Kamysz może cieszyć się najbardziej partnerską pozycją wobec premiera, który ceni sobie wyłącznie ludzi stojących politycznie samodzielnie na własnych nogach, niepotrzebujących podpórki w postaci jego osoby.
Wybawiciel klasy średniej
Wątpliwe, żeby Tusk na serio myślał o emeryturze, ale można sobie wyobrazić, że w pewnym momencie odda w ręce Kosiniaka zwierzchnictwo nad rządem, najchętniej zapewne nie od razu, ale, powiedzmy, w połowie kadencji, po to, żeby w glorii chwały ubiegać się o jakieś międzynarodowe stanowisko, bo raczej jednak nie prezydenturę, na którą polaryzujący Polaków premier miałby niewielkie szanse.
A samo przewodnictwo partii nigdy dla samego Tuska nie było atrakcyjne - co różni go od Jarosława Kaczyńskiego, który unika odpowiedzialności władzy wykonawczej.
Wszystko niemal się składa w tej układance. Z wyjątkiem wyborców. KO przez lata opozycji wobec ultrakonserwatywnego PiS zbudowało się jako partia reprezentującą Polskę ambitną, nowoczesną i w dużej mierze progresywną.
Tymczasem to Trzecia Droga, w szczególności PSL, okazali się hamulcowymi zmian w kluczowych dla wyborców KO obszarach, co sprawiło, że wielu wyborców, a szczególnie wyborczyń, rozczarowało się do partii Tuska.
Jeśli dziś to partia 2-3 proc. miałaby ustawiać przekaz, a tak to coraz częściej wygląda, najważniejszej partii rządzącej, wówczas istnieje ryzyko, że wielu z tych wyborców zostanie w domu. Póki co nie widać, żeby miała przejąć ich zajęta samą sobą lewica - która tak bardzo marzy o klasie ludowej, że nie potrafi realnie powalczyć o poparcie osieroconej przez KO klasy średniej.
A jej wybawiciela póki co nie widać.
Tusk zawsze ignorował potrzeby liberalnych wyborców, wiedząc, że ostatecznie przestraszy ich PiS i że i tak zagłosują na niego. W perspektywie udziału w rządach Grzegorza Brauna może obstawiać, że ta mobilizacja dokona się w zasadzie sama.
Czy rekordowo niskie oceny rządu pójdą w zapomnienie, gdy brunatny strach zajrzy w oczy? I czy wyborcy kupią prawicową mimikrę Tuska w pakiecie z Kosiniakiem? To może być w oczach obu polityków najbardziej prawdopodobna ścieżka do utrzymania władzy.
Co nie znaczy, że ich tam zaprowadzi.
Leszek Jażdżewski















