Przykro czyta się relacje z telefonu Trump-Putin i spotkania wysłanników Trumpa: Steve'a Witkoffa i Jareda Kushnera z prezydentem Rosji.
W starannie zredagowanym dyplomatycznym języku kremlowskiej dyplomacji czytamy, jak to nadskakujący Trump - który chciałby zakończyć konflikt za swojej kadencji (czytaj: to jemu zależy i już dużo czasu mu nie zostało), zwraca się do Putina z wnioskiem o zakończenie konfliktu.
Strona rosyjska przekazuje w tym czasie "obiektywny" obraz sytuacji na froncie (tworzy propagandową wizję, w której jest już o krok od zwycięstwa) i zgłasza pod dyskusję, co strona amerykańska mogłaby zrobić dla zakończenia konfliktu (wpłynąć na Ukrainę).
USA są zainteresowane budową rosyjsko-amerykańskich biznesowych relacji (Trump chce zarobić), Rosja nie mówi nie, ale najpierw musi osiągnąć swoje cele (zwasalizować Ukrainę i osłabić wschodnią flankę NATO).
Tymczasem Steve Wiktoff opowiada, jak to na emeryturze będą z Kushnerem i Kiryłem Dimitrowem (człowiekiem Kremla ds. biznesowych deali) wspominać spotkania z Putinem jako najwspanialsze momenty swojej kariery.
Cóż, Putin szczerze - jak na czekistę - mógł powiedzieć, że w pełni ufa posłańcom prezydenta USA. Wygląda na to, że sami dbają o jego interesy równie sprawnie co jego własny zespół. By wspomnieć zapomniane już częściowo warunki zawieszenia broni redagowane na bazie żądań Rosji.
Relacje Trumpa z Putinem. Nowa nadzieja republikanów w wyborach?
Trudno stwierdzić, czemu akurat teraz Trump postanowił zbadać intencje Putina. Wydaje się, że chciał oderwać się od konfliktu z Iranem, który USA, mimo przewagi militarnej, przegrywają, ponieważ nie są w stanie zmusić Teheranu do rezygnacji z blokady cieśniny Ormuz, otwiera się w nowym oknie.
Wobec nadchodzących wyborów do Kongresu (tzw. midterms), które republikanie mogą spektakularnie przegrać, Trump szuka okazji do wyjścia z pułapki, którą sam na siebie zastawił, lekkomyślnie podążając za Binjaminem Netanjahu na wojnę z Iranem.
Putin rozumie te uwarunkowania i tym chętniej korzysta z podrzędnej pozycji, w jakiej w jego oczach lokują się dziś względem Rosji Amerykanie.
Czy Trump nie uzna, że łatwiej jest mu wpłynąć na tę stronę konfliktu i dzięki temu zaspokoić swoje ego medialną uwagą i spektakularnymi nagłówkami? Z perspektywy Kremla nie zaszkodzi spróbować, czy w ten sposób nie osłabi się wysiłku wojennego Ukrainy, wspieranego dziś głównie przez Europejczyków.
W najgorszym wypadku można pokazać USA jako petenta i Putina jako szlachetnego, acz realistycznego władcę, który udziela lekcji geopolityki niecierpliwemu partnerowi.

Do niedawna Rosja traktowała USA jako jedyne państwo, z którym warto rozmawiać o wojnie na Ukrainie. I choć wciąż nie jest gotowa uznać w tym względzie podmiotowości Ukrainy i jej europejskich sojuszników, ewidentny staje się dla Moskwy fakt, że Waszyngton nie ma takiego wpływu na sytuację, jak mogło się wydawać. Że Trump, w przeciwieństwie do Putina, nie jest w stanie jednoosobowo zakończyć wojny, wymuszając ustępstwa na Ukrainie i jej sojusznikach.
Paradoksalnie to, co osłabia pozycję niepoważnego Trumpa w oczach Moskwy, jego dołujące poparcie, perspektywa przegranych wyborów, a następnie zbliżającego się końca kadencji, może wpłynąć na kalkulacje Rosji dotyczące realistycznej opcji zakończenia konfliktu.
Polska już dobrze wie
Trudno wyobrazić sobie większego (nawet jeśli nieprzewidywalnego) sojusznika Putina w Waszyngtonie. Oczywiście nie można wykluczyć, że w warunkach skrajnej polaryzacji i słabości demokratów republikanie przedłużą mandat prezydencki, ale jest duża szansa, że wraz z porażką polityki międzynarodowej Trumpa skończy się również ustępliwość wobec Rosji i skłonność do konfliktowania się z Ukrainą i NATO.
Bez nagłego załamania Ukrainy, masowej mobilizacji i przejścia na tory wojenne rosyjskiego społeczeństwa i gospodarki lub wycofania finansowania ze strony Europejczyków Putin nie może spodziewać się przełomu na froncie.
Zimą może postarać się wygrać, ile się da, atakami rakietowymi na infrastrukturę cywilną w Kijowie i innych miastach, zdobyć nieco terytorium w Donbasie. I usiąść do negocjacji z pozycji siły, dopóki jeszcze może liczyć na Donalda Trumpa.
Trumpa, który ewidentnie ma kompleks silnego faceta i szuka aprobaty, a to w oczach Putina, a to Xí Jìnpínga.
Dla krajów antyrosyjskiej koalicji kluczowe jest, żeby te rozmowy nie odbyły się naszym kosztem, w warunkach kapitulanckich, które mogą zagrozić ukraińskiej suwerenności.
Polska i kraje bałtyckie dobrze wiedzą: jesteśmy następni.
Leszek Jażdżewski















