Reklama

Wigilijne rozważania o darach i hejcie

Każda populistyczna władza (może to być populistyczna lewica albo populistyczna prawica) trzyma się na dwóch nogach - rozdawnictwie i hejcie. Populistyczne rozdawnictwo nigdy nie jest "polityką społeczną". Pieniądze nie trafiają do najsłabszych - np. do dzieci w patologicznych rodzinach, a nie np. do patologicznych ojców; np. na stypendia dla dzieci z patologicznych rodzin, a nie np. do patologicznych rodziców. Trafiają bezpośrednio do grup, które populistyczna władza chce kupić na prostej i odwiecznej zasadzie "głos za flaszkę" (a przecież dzieci, podobnie jak ryby, głosu nie mają, więc populistom ich los jest zupełnie obojętny, nawet jeśli często wycierają sobie tymi dziećmi gęby na przedwyborczych wiecach).

W dodatku redystrybuowane w taki sposób pieniądze trafiają do adresatów z wyraźnym podpisem populistycznej władzy, jako jej dar. Orban pierwszy informował o "darach" swojej partii na wysyłanych do wszystkich domów rachunkach za prąd. Dziś na Węgrzech i w Polsce "darem" od władzy jest praktycznie wszystko - od benzyny po węgiel, od mortadeli po cukier.

A przecież "władza" nie ma ani jednego "własnego" grosza i nie wyprodukowała ani jednego kilograma cukru. No chyba, że upaństwowi wszystkie przedsiębiorstwa i sklepy, ale wówczas także jest to hipokryzja, gdyż właściwymi twórcami "darów" są niewolnicy, bo totalitarny etatyzm zawsze jest niewolnictwem. 

Reklama

W przypadku populistycznej władzy działającej w gospodarce, choćby częściowo rynkowej, choćby częściowo opierającej się na własności prywatnej, uczestnictwo rządzących w rozdawnictwie ogranicza się wyłącznie do tego, że funkcjonariusze panującej partii przechwytują - w postaci zawyżanych pensji w spółkach skarbu państwa, poprzez ustawione przetargi, na drodze zwyczajnej kradzieży - "redystrybuowane" przez "ich państwo" miliony. Robią to na zasadzie pobierania przez nich "renty władzy", która wydaje im się całkowicie naturalnym przywilejem wynikającym z faktu rządzenia. 

Druga noga każdej populistycznej władzy to hejt. Wykrywanie przez rządzącą partię, przez jej lidera lub liderów, wszystkich napięć dzielących i podmywających ich własne społeczeństwo. Nie po to, by te napięcia łagodzić - np. sensowną polityką społeczną, np. otwarciem merytokratycznych ścieżek awansu ("merytokratycznych", czyli wedle kryterium nauki, pracy, zdolności podejmowania biznesowego ryzyka w granicach prawa, a nie dzięki wzięciu legitymacji partii rządzącej) - ale by na nich politycznie żerować, by te podziały i napięcia radykalizować, by ludzi wzajemnie na siebie szczuć. Przynajmniej połowa poszczutego w ten sposób przeciw sobie wzajemnie społeczeństwa będzie bowiem głosować - i to w sposób ślepo zmobilizowany - na tego, który ich na siebie poszczuł. 

Populistyczny przywódca przyjeżdża np. na wieś mówiąc: "miastowi Was pouczają jak macie żyć, ale wy jesteście od nich mądrzejsi". Swoją drogą śmieszne, kiedy to jest ten sam przywódca, który parę lat wcześniej próbował przeprowadzić (po czym oportunistycznie porzucił) "piątkę dla zwierząt", której kluczowe elementy "pouczały wieś" jak ma postępować ze zwierzętami.

Następnie taki przywódca ogłasza dorzucenie w roku wyborczym dwóch miliardów złotych na KRUS, oczywiście zabranych "miastowym". 

"Miastowi" zaczynają huczeć w "swoich mediach", w "internecie". Zaczynają "tych ze wsi" obrażać, często idiotycznie, stosując wobec nich zasadę odpowiedzialności zbiorowej i zbiorowego hejtu. Ci odpowiadają im pięknym za nadobne, oczywiście politycznie mobilizując się wokół lidera i partii, która całą tę masakrę rozpętała. Kłócą się rodziny, kłócą się ludzie na Facebooku, Twitterze, w radiu i tv. Najgorsi i najbardziej leniwi dziennikarze, ci organizujący ustawione walki psów zamiast redagować programy, są zachwyceni. 

Podobnie można na siebie poszczuć rodziców i nauczycieli, pacjentów i lekarzy, lekarzy i księży. Oczywiście opozycja może zgłosić się po głosy drugiej strony hejtu, ale wspólnotę narodową i tak trafia szlag. A polityczny przywódca, który taki masowy hejt świadomie i cynicznie rozpętuje, powinien być przez historię oceniony i zapamiętany jako niszczyciel własnego narodu i państwa.

Przykłady populistycznego hejtu znajdziemy zresztą po bardzo różnych stronach politycznych sporów. "Zabierz babci dowód" było koszmarnym "osiągnięciem" miastowych, rzekomych "liberałów", którzy jednak o liberalizmie mieli pojęcie dość mgliste. "Lemingi" czy "dojeżdżanie libków" były koszmarnym osiągnięciem antyliberalnych populistów, tych z prawa i z lewa. Robert Mazurek do dziś jest z rozpropagowania "lemingów" dumny, zapewniło mu ono przecież zawodowy awans. Grzegorz Sroczyński (z drugiej strony mopsożelaznego piecyka naszych ideologicznych wojenek) jest dumny z "dojeżdżania libków". Choć często się skarży, że zaprowadziło go ono na pluszowy krzyż gazety.pl, kiedy "libki", resztką sił, wywaliły go z "głównego grzbietu". 

W konsekwencji stosowania populistycznego hejtu nie atakuje się już na poziomie polityki, nie rozlicza się z jakości rządzenia. Celem hejtu stają się style życia, wyznawane tradycje i wiary. Polityka powinna czuwać nad zachowaniem pokoju społecznego i świadomie ograniczać swój obszar rażenia, tymczasem hejt wciąga do polityki masy. Nie po to, by budowały, ale żeby pomagały niszczyć.

Tak wygląda tryumf populizmu, tak wygląda tryumf najbardziej chorej wersji polityki w Polsce. To jest zawsze rozbicie społeczeństwa. Wszyscy "nowocześni piarowcy" uważają jednak, że nowe "zabierz babci dowód" albo nowe "lemingi" i "dojeżdżanie libków" będą Świętym Graalem kolejnych kampanii wyborczej. Przynoszącym, wręcz gwarantującym zwycięstwo. 

Faktycznie, twórca nowej wersji "zabierz babci dowód" albo "lemingów" dostanie PR-owego Nobla. A społeczeństwo rządzone dzięki takim pomysłom będzie coraz bardziej podzielone, coraz słabsze, coraz bardziej zdane na penetrację obcych agentów i trolli, które najskuteczniej żerują na zimnej wojnie domowej populistycznego hejtu.

Pomyślmy o tym, kiedy będziemy siadać przy wigilijnym stole. Wyposażeni w dar hejtu, którym tak bardzo chcielibyśmy się podzielić z bliźnimi. Wsioki przeciw miastowym, starzy przeciw młodym, młodzi przeciwko dziadersom, incele przeciw babom, dziewuchy przeciwko martwiakom... 

Miłość jest słabsza od hejtu, chrześcijaństwo jest słabsze od hejtu, właśnie dlatego hejt mógł je wykorzystać. Przy Wigilii spotkają się też przecież niewierzący (nazywani przez pseudokatolicki hejt "workami skórno-mięśniowymi", "nihilistami pozbawionymi duszy") i wierzący (uważani przez hejt antyreligijny za tępych idiotów).

Miłość, wiara, nadzieja (tzw. cnoty ewangeliczne, które na drodze sekularyzacji stały się fundamentalnymi wartościami ożywiającymi instytucje i normy liberalno-demokratycznych społeczeństw, dopóki oczywiście te społeczeństwa o tym pamiętają) są z natury słabsze od hejtu. Używanego cynicznie, do zdobycia i utrzymania władzy. Tylko my sami możemy zmienić tę proporcję sił. Jak dotychczas to się nam nie udaje. 

Dowiedz się więcej na temat: Wigilia | Boże Narodzenie | hejt | cezary michalski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy