Wielu lektur nie lubiłem. Ale przynajmniej poznałem tradycję, z której się wywodzę
Zbyt daleko idące progresywne wahadło jest fatalną odpowiedzią na prawicowy przechył w edukacji odziedziczony po ośmioleciu rządów PiS. Im szybciej minister edukacji Barbara Nowacka to zrozumie, tym lepiej dla polskiej szkoły. Dotykanie lektur szkolnych może mieć równie katastrofalne skutki, jak odejście od obowiązkowych prac domowych.

Podobno tylko zdementowane informacje są prawdziwe. Dlatego fakt, że po internetowej burzy Nowacka napisała w mediach społecznościowych, że nic nie zmieni się w kanonie lektur szkolnych, można by potraktować jako wycofanie się resortu z projektowanych złych pomysłów.
Zwłaszcza że z dementi pospieszył też osobiście rzecznik rządu Adam Szłapka, co oznacza, że sprawa stała się niebezpieczna dla wizerunku ledwo zrekonstruowanego gabinetu Donalda Tuska.
Kręgi tematyczne, mocium panie
Jednak już na oficjalnym profilu MEN podano, że resort "czeka na wypracowane propozycje od ekspertów zatrudnionych transparentnie przez Instytut Badań Edukacyjnych - Państwowy Instytut Badawczy", choć teraz nie pracuje nad podstawami programowymi reformy planowanej na 2026 rok.
Skoro czeka, to się doczeka, zwłaszcza że - jak czytamy - już na przełomie września i października propozycje podstaw programowych zostaną "poddane przez MEN konsultacjom publicznym".
Poruszenie komentatorów wywołały właśnie opisane przez "Gazetę Wyborczą" propozycje zatrudnionych przez MEN ekspertów. Przede wszystkim te, by w klasach IV-VI zrezygnować z listy obowiązkowych lektur "z dużymi pozycjami książkowymi" i zastąpić ją "kręgami tematycznymi". Książki do czytania mieliby wybierać uczniowie wspólnie z nauczycielami.
Nawet jeśli nie jest to, jak upiera się MEN, likwidowanie lektur obowiązkowych, to z pewnością obowiązkowość staje się iluzoryczna, skoro rezygnuje się z kanonu na rzecz sprofilowanych zagadnień, takich jak dom, rodzina, relacje rówieśnicze, przyjaźń, emocje czy różnorodność.
W klasach VII-VIII też można spodziewać się zmian, bo obowiązkowe byłyby tylko trzy tytuły. Szefowa zespołu zajmującego się dla MEN podstawami programowymi z języka polskiego dr Kinga Białek nie chce na przykład, by dzieci czytały "Zemstę" Aleksandra Fredry, bo według niej osoby wychowane w XXI w. nie zrozumieją zwrotu "mocium panie", tekst "nie jest śmieszny", więc nie da się na jego przykładzie pokazać komizmu. To absurd, zwłaszcza że "Zemsta" nadal bardzo chętnie wystawiana jest w teatrach i doskonale bawi publiczność.
Zostać miałaby natomiast "Balladyna" Juliusza Słowackiego, do języka której ekspertka nie ma już zastrzeżeń, choć oba dzieła powstały w latach 30. XIX wieku, a także "Dziady" cz. 2 Adama Mickiewicza oraz "Kamienie na szaniec" Aleksandra Kamińskiego.
Czy "Chłopi" to "Dziady"?
O ile o gustach ekspertki szkoda dyskutować, to warto o kanonie lektur szkolnych, a zwłaszcza o tym, jak zachęcić młodych ludzi do czytania. Ale systematycznie pokazywane przez MEN (lub fachowców MEN) propozycje poszczególnych zmian określają ich ogólny fatalny kierunek.
Szkoła, która z zasady nie jest instytucją dobrotliwą i przyjemną, bo powołana jest do tego, by wymagać także systematyczności i odpowiedzialności, uczyć, że życie wymaga poświęceń i hartu ducha, w progresywnej optyce ma stać się instytucją cieplarnianą. Odejście od obowiązkowych prac domowych okazało się katastrofą właśnie dlatego, że - jak zgodnie podkreślają pedagodzy - negatywnie wpłynęło na przygotowanie uczniów do zajęć. I zostawiło ich na pastwę płynnej rzeczywistości świata wirtualnego i destrukcyjnego wpływu smartfonów z tiktokową sieczką zamiast treści.
Powolne wymazywanie literackich "staroci" z listy obowiązkowych lektur tworzy szkołę, która pozbawia uczniów krytycznego spojrzenia, oddala ich od kulturowych kontekstów, zrywa więź z przeszłością, buduje wrażenie, że świat zaczął się wczoraj. Osłabienie obowiązkowości prac domowych i lektur oraz błąd "bezstresowego wychowania" prowadzi do budowania szkoły, w której uczeń staje się kolegą nauczyciela, więc zaburzona zostaje fundamentalna zasada pedagogiczna, gdzie autorytet istnieje także po to, by uczeń miał się przeciwko komu buntować i z kim polemizować.
Nawet jeśli wielu lektur obowiązkowych nie lubiłem, to właśnie dlatego pracę maturalną napisałem w oparciu o teksty spoza kanonu. Jednak przynajmniej wiedziałem, że on istnieje, więc istnieje też tradycja, z której się wywodzę, choć język współczesności już dawno jest inny, a na pewno uboższy.
Prawica wie, jak używać edukacji i literatury do zdobywania rządu dusz. Wie, jak interpretować dawne dzieła, by uwodzić swój elektorat i młodzież. Liberalny mainstream zachowuje się tak, jakby mu na tej funkcji nie zależało, więc oddaje sprawę walkowerem. W progresywnej optyce szkoła ma być oazą iluzorycznego spokoju, zamiast szansą na przygotowanie do stresującego i wymagającego życia.
Można mieć obawy, że jak tak dalej pójdzie, to spełnią się przepowiednie ze skeczu Andrzeja Poniedzielskiego, w którym ludzie po doświadczeniu polskiej edukacji będą w barze zamawiać "whisky z pokładu Idy" i pytać, czy "chłopi to dziady".
Pogodzić się ze zdrowym rozsądkiem
Jeśli rządzący nie pogodzą się szybko ze zdrowym rozsądkiem, tak chętnie zawłaszczanym przez populistów, będą wychowywać pokolenie nieodporne na stres życia, niezdolne do krytycznego myślenia, pozbawione sztuki odpowiedzialności, bez horyzontów i szerokich kontekstów kulturowych. A także narażone na chaos internetowego świata i wyzbyte buntu. Ale przynajmniej eksperci MEN będą zadowoleni.
Przemysław Szubartowicz












