Wielkie marnotrawstwo zamiast Planu Marshalla. Krótka historia KPO
Kompletnie nie rozumiem afery z pieniędzmi z KPO. Przecież w gruncie rzeczy nikt ani przez moment nie zastanawiał się, na co te środki pójdą. Mieli skorzystać wszyscy. Ale z drugiej strony nigdy nie jest tak, by skorzystali wszyscy, więc skorzystali niektórzy. Kupili jachty, solaria, sauny, ekspresy do kawy, motorówki. Wszystko oczywiście niskoemisyjne, w trosce o naszą małą planetę.

Już sama komunikacja w sprawie KPO sprawiała wrażenie, że do końca nie wiadomo, o co chodzi, a więc, jak uczył klasyk, wiadomo było, że chodzi o spore pieniądze.
Od początku tłumaczono dość mętnie, czym te środki mają być. Najpierw przedstawiano je jako fundusze na odbudowę gospodarek po lockdownach covidowych, co zostało nawet w nazwie instrumentu.
Miał to być taki europejski Plan Marshalla, którym po wojnie odbudowano Zachód, przynajmniej tak to reklamowano. Generał George Marshall nie żyje od ponad 60 lat, a doniesienia, że zmarli przewracają się w grobie, nie znajdują potwierdzenia, więc te porównania można było śmiało snuć.
Potem jednak okazało się, że KPO ma służyć głównie budowie zeroemisyjności i przygotowaniom do Zielonego Ładu. A do tego, by środki wdrożyć i otrzymać, niezbędna jest praworządność i o tym, czy jest spełniana, decydują komisarze europejscy. Wszystko to zostało zapisane i wszyscy dokument podpisali. Punktów w nim jest masa, pozostaje tylko kwestia, z którego akurat skorzystać.
Kamienie milowe u szyi
Dość szybko wyszło na jaw, że spełnianie zasad praworządności nie jest kwestią obiektywnych standardów ustrojowych, ale tego, kto akurat rządzi. Polska nie mogła doczekać się tych środków, dopóki władzę sprawował rząd niechętny dominującemu w Brukseli układowi. Kiedy władzę przejęli politycy bardziej przychylni, nagle uznano, że warunki zostały spełnione, mimo że rozwiązania ustrojowe nie zmieniły się ani o jotę.
Po pewnym czasie okazało się też, że sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana. Do "kamieni milowych" doliczono bowiem warunki niemające związku ani z praworządnością, ani z zeroemisyjnością, ani z pandemią, o której wszyscy zdążyli już zapomnieć.
Na przykład wypłatę jednej z transz uzależniono od objęcia pełnym ozusowaniem umów zleceń i o dzieło. To także okazało się jednym z niezbędnych "kamieni milowych" do uzyskania pieniędzy, które coraz bardziej przypominały kamienie u szyi.
Gdy wreszcie środki zaczęły płynąć, okazało się, że jest bardzo późno. A kiedy wydaje się pieniądze w pośpiechu, nie robi się tego racjonalnie. Wyobraźmy sobie kogoś, kto ma w dwa lata zbudować zeroemisyjną fabrykę, angażując również własne środki. Same uzgodnienia środowiskowe potrafią trwać tyle czasu, więc postawienie całego zakładu w tym okresie graniczy z cudem. A jeśli się nie zdąży, to dopiero będzie oceniane. Same zachęty.
Zeroemisyjna bibliotekarka
Pieniądze, z których dużą część Polska i tak będzie musiała oddać, popłynęły więc w innych kierunkach. 750 mln zł otrzymała spółka wiatrowa najbogatszej Polki, mająca zachodnich partnerów i konkurująca z polskimi spółkami Skarbu Państwa.
Rok wcześniej biblioteki dostały środki na dostosowanie budynków do zeroemisyjności, choć wydawało się, że ich głównym problemem jest cyfryzacja zasobów. Może jednak znalazł się ktoś sprytny, kto potrafił przekierować środki tam, gdzie chciał.
Środków przybywało, czasu ubywało, a kwestie energetyki i funduszy w rządzie są rozdzielone między co najmniej trzy ministerstwa, z których jedno właśnie zlikwidowano i zastąpiono innym.
W efekcie zaczęto wydawać pieniądze jak popadnie. Zakup ekspresu do kawy czy motorówki, oczywiście niskoemisyjnych, jest znacznie łatwiejszy niż budowa biogazowni w warunkach absurdalnych ograniczeń prawnych. Nic więc dziwnego, że pieniądze trafiły do tych, którzy byli sprytniejsi lub mieli lepsze układy.
Żandarm z Brukseli
Oburzające? Owszem. Ale KPO w pewnym sensie spełniło swoją prawdziwą rolę. Miało być testem nacisku Brukseli na państwa członkowskie poprzez instrumenty finansowe. Dziś w Europie rządzi się pieniędzmi, a nie żandarmami. System subwencyjny i grantowy, nakazowo-rozdzielczy, jakiego mogłaby pozazdrościć niejedna demokracja ludowa, pozwala Brukseli przejmować realną politykę od państw narodowych.
Widać to choćby w przypadku akcyz. Teraz trwa wyścig, czy zdążą umocnić ten system, zanim obywatele się zbuntują. Gdy przekroczą pewien punkt, ludzie będą mogli się denerwować do woli i tak nic to nie zmieni.
A pieniądze? Trochę pohulają w gospodarce, ale lwia część będzie musiała zostać spłacona. I jak zawsze, naiwniejsi, uczciwsi i mniej operatywni zapłacą za tych cwańszych.
Wiktor Świetlik













