Weto Nawrockiego. Z dziejów dyshonoru w Polsce
Kiedy na światowych szczytach trwa handel okupowanymi terytoriami Ukrainy pomiędzy Trumpem i Putinem, Polska - w osobie prezydenta Karola Nawrockiego - przyłożyła swoją rękę do zdrady walczącego sojusznika, występując przeciwko polskim interesom.

Gdy w lutym 2022 Rosja rozpoczęła pełnoskalową inwazję na Ukrainę, Polacy stanęli na wysokości zadania. Dziesiątki tysięcy ludzi pomagało, jak mogło, uchodźcom. Wielu przyjęło ich pod własny dach, inni przewozili najsłabszych przez granicę, rozdawali paczki, ciepłą herbatę. Gdyby nie ten spontaniczny odruch solidarności, państwo polskie miałoby poważny problem, jak poradzić sobie z tak nagłym kryzysem.
Ale i politycy, jak rzadko, potrafili wznieść się ponad typowe dla nich kunktatorstwo. Rząd PiS natychmiast uruchomił pomoc materiałową, udostępniając transporty potrzebnej Ukraińcom broni, nie oglądając się przy tym na wstrzemięźliwych sojuszników z USA i Europy. To na zawsze zapisze się złotymi zgłoskami w, skądinąd, fatalnym bilansie rządów Kaczyńskiego i Morawieckiego.
Nawet partia, której przedstawiciele jeździli na okupowany przez Rosję Krym, zaczęła, w ograniczonym stopniu i głównie deklaratywnie, występować zgodnie z polskim, a nie rosyjskim, interesem narodowym.
Ówczesna opozycja, dziś u władzy, w pełni współdziałała z krytykowanym przez lata rządem, rozumiejąc, że w sytuacji bezpośredniego wojennego zagrożenia naszych granic i ryzyku upadku oporu naszego sąsiada, wszelkie, nawet fundamentalne różnice w polityce wewnętrznej, muszą zejść na plan dalszy.
Symbolem tej współpracy było błyskawiczne procedowanie "ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy w związku z konfliktem zbrojnym na terytorium tego państwa", której przedłużenie zawetował właśnie Nawrocki. W trzecim czytaniu w Sejmie, w głosowaniu 9 marca 2022 głosów za: 431, głosów przeciw: 12, wstrzymało się trzech posłów. Za byli m.in. Kaczyński, Błaszczak, Czarnek, Sasin, a nawet Ziobro i Mejza.
Polacy, a wraz z nimi ich liderzy, zrozumieli, że wojna to nie jest czas wyciągania dawnych uraz i spraw niezałatwionych. Że odruch moralny idzie tu w parze z racją stanu. Utrzymać w walce Ukrainę i, gdy trwają walki na froncie, w maksymalny sposób zapewnić ochronę tym, którzy przed wojną poszukali schronienia. A potem, z wolną i suwerenną Ukrainą, a nie marionetką Putina, załatwiać swoje bieżące interesy i historyczne rozbieżności.
Polski zysk
Jeśli Polska przyszłości chce być krajem zamożnym i potężnym, będzie potrzebować ludzi. Ktoś musi jeździć tymi kolejami dużej prędkości, budować, a potem latać z CPK. Ktoś musi pracować, żeby z budżetu można było wspierać deficytowy NFZ i ZUS - których deficyty będą rosły wraz ze starzejącą się ludnością lub, na wzór Europy Zachodniej, trzeba będzie podnieść drastycznie podatki, żeby utrzymać państwo (relatywnego) dobrobytu.
1,5 miliona Ukraińców pracujących w Polsce to z tego punktu widzenia skarb. A 800+ wypłacane na 292 tysiące ukraińskich dzieci, kosztujące państwo polskie ponad 2,8 mld zł, to inwestycja w przyszłość. Według raportu BGK, z którego pochodzą te dane, wkład Ukraińców w polską gospodarkę, to przeszło 15 miliardów złotych w 2024 roku.
Teraz, gdy wiadomo, że wojna trwa i nie skończyła się po kilku miesiącach, a dzieci ukraińskie zostaną w Polsce na dłużej, to niezwykle istotne, żeby możliwie sprawnie integrować je z polskim systemem edukacyjnym i społecznym. Nie można wykluczyć, że - niezależnie od rozwoju sytuacji na Ukrainie - zostaną tu na dłużej, jeśli nie na zawsze. Znający język, kulturę, zintegrowani młodzi ludzie to dla Polski wielki zysk.
Nawet jeśli nie taka kalkulacja interesów własnych stała za początkową szczodrością świadczeń, jest w nich głęboki sens. Pracujący, samodzielni migranci, integrujący się krajem pochodzenia, to dziś dobro ograniczone. Jest w naszym interesie, żeby Ukraińcy zostali w Polsce jak najdłużej, a w przyszłości dostali obywatelstwo i stali się Polakami ukraińskiego pochodzenia.
Dla Ukrainy, to oczywiście scenariusz bardzo trudny - bo ktoś będzie musiał odbudować zniszczone państwo, nie mówiąc już o doraźnej walce na froncie. Ale trudno zrozumieć polskiego prezydenta, który mówiąc o ochronie polskich interesów tak otwarcie przeciwko nim występuje. Czy naprawdę zintegrowanych z Polską Ukraińców Nawrocki chce wypchnąć do Niemiec albo - już teraz - do bombardowanej Ukrainy?
Ekspert Fundacji Ukraiński Dom przestrzega, że z końcem września możliwość legalnego pobytu w Polsce stracić może nawet milion uchodźców z Ukrainy, co bardzo skomplikuje życie im i ich pracodawcom, ale co jeszcze bardziej skandaliczne, ukraińskie biznesy miałyby zostać wykreślone ze wszystkich rejestrów państwowych. Jak ci ludzie mają tu pracować i zatrudniać, skoro w zasadzie w ciągu miesiąca mogą być zmuszeni do zwinięcia tego, na co pracowali przez lata?
Ukraińska tarcza
Gdy czytacie w mediach o tym, że kolejny amerykański, niemiecki, czy co gorsza, polski generał, przepowiada, że Rosja będzie za rok, dwa, pięć, gotowa do zaatakowania kolejnych krajów - w domyśle również Polski - wówczas warto poświęcić moment na refleksję, czemu nie teraz, nie jutro, gdy wciąż jeszcze nie jesteśmy gotowi na odparcie takiej inwazji, a w USA rządzi podziwiający Putina i nieskłonny do międzynarodowej solidarności Donald Trump?
Odpowiedź jest prosta: Ukraina. Dopóki Ukraińcy walczą, dopóki posiadają silną i zorganizowaną armię, dopóty Putin nie może na serio rozważać zbrojnej interwencji w kraju zdolnym do samodzielnej obrony. Nawet w sytuacji czasowego zawieszenia broni i rozgraniczenia wojsk Rosja będzie musiała utrzymywać na terenach okupowanych siły, zdolne powstrzymać przyszłą ukraińską ofensywę.
"Zapad-2021 to najważniejsze z dotychczasowych przedsięwzięć szkoleniowych Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej oraz współdziałającej z nimi armii białoruskiej. Jako że angażują 200 tys. żołnierzy, będą też największymi ćwiczeniami przeprowadzonymi w Europie od prawie 40 lat. W wymiarze poligonowym zaczęły się de facto w lipcu, a w oficjalnie podanym terminie dojdzie do ich kulminacji" - pisali cztery lata temu analitycy Ośrodka Studiów Wschodnich Andrzej Wilk i Piotr Żochowski.
A dziś? W manewrach Zapad 2025 oficjalnie mówi się o 13 tys. żołnierzy, szef wywiadu Litwy wspomina o 30 tys., z czego tylko 8 tys. na terytorium Białorusi. Nie trzeba być wojskowym analitykiem, żeby dostrzec istotną różnicę.
Parafrazując słynny list Michnika do Kiszczaka: żeby tak jawnie występować przeciwko polskim interesom, trzeba być durniem.
Żeby w kraju, za którego bezpieczeństwo giną co tydzień setki ukraińskich żołnierzy, odmawiać podstawowych praw tym, którzy uciekają przed wojną, trzeba być świnią.
Leszek Jażdżewski
















