- Nadszedł czas, aby UE uruchomiła wspólną zdolność zadłużania się poprzez euroobligacje - oświadczył w wywiadzie prezydent Emmanuel Macron. To sygnał wysłany przed spotkaniem szefów państw i rządów Unii Europejskiej w Brukseli. Paryż głośno wzywa 27 państw członkowskich do inwestowania. Budowanie potęgi Starego Kontynentu odbywać się ma poprzez wspólne zadłużanie Unii.
To bardzo ciekawy pomysł. Tym bardziej, że Francja ugina się pod ciężarem długu publicznego, który rośnie i rośnie. Próby opanowania sytuacji poprzez reformę systemu emerytalnego (podniesienie wieku emerytalnego) sprawiły, że ludność masowo wyszła na ulice.
Jeszcze więcej długu!
Po niedawnym rozwiązaniu parlamentu francuskiego sytuacja polityczna jest niestabilna. Słaby rząd prowadzi politykę defensywną, nie ofensywną. A opozycyjne partie marzą tylko o jednym - o zdemontowaniu owej reformy emerytalnej.
W tej sytuacji Macron, którego koniec drugiej kadencji widać na horyzoncie, rzucił się w wir polityki zagranicznej. Wydaje się, że ma na tym polu pewne poczucie sprawczości. Z naciskiem na "wydaje się", albowiem inicjatywy, na które Paryż nie może sypnąć worka pieniędzy, pozostają raczej pustosłowiem.
Nawet dziennikarze zadający pytania Macronowi nie wytrzymali. Polityka zapytano wprost, czy w pomyśle na wspólne zadłużenie UE oraz euroobligacje nie chodzi przypadkiem o coś innego niż budowanie europejskiej potęgi wobec USA, Rosji oraz Chin. Owym haczykiem miałoby być sprytne roztopienie francuskiego długu w Europie, szczególnie kosztem Niemiec.
Oczywiście, francuski prezydent zaprzeczył i zapewnił, że chodzi o finansowanie przyszłości Unii. Roztoczył pawi ogon argumentów. A to, że budżety państw narodowych są ograniczone. A to znów, że Unia jest słabo zadłużona w porównaniu z Chinami czy USA. Wreszcie euro mogłoby osłabić dolara.
Kredytowa wizja Europy
Trudno się jednak dać na to nabrać. Gdyby Francja nie była jednym z najbardziej zadłużonych krajów strefy euro (dług błyskawicznie zmierza ku 120 proc. PKB), można byłoby porozmawiać o potędze.
Obecnie jednak wszystko wskazuje raczej na to, że pomysły na wspólne zadłużenie UE pośrednio służyć miałyby powstrzymaniu rosnących kosztów obsługi francuskiego długu publicznego. I zapewne też inwestycjom w technologie oraz obronność - tyle że oczywiście najlepiej rozbudowywać przemysł bezpieczeństwa i obronności nad Sekwaną, a nie gdzie indziej.
Myśl, że w UE rozwój sztucznej inteligencji oraz technologie kwantowe należy finansować odgórnie, a nie oddolnie, także jawi się jako kolejna papierowa mrzonka.
To dość ponura sytuacja, że słuszne hasła budowania europejskiej potęgi, sformułowane także przez Mario Draghiego i inne osoby - ukrywają tak daleko idącą prywatę.
Prezydent Macron, gdy rozpoczynał karierę, jawił się jako wielki reformator, nadzieja Unii Europejskiej. Owe lata nadziei wydają się należeć do jakiejś minionej epoki. We Francji obiecywał powstrzymać skrajną prawicę.
Obecnie to partia, która najbardziej wyczekuje wyborów prezydenckich, albowiem młody kandydat, Jordan Bardella, jest sondażowym numerem jeden (procesy karne Marine Le Pen niczego tutaj nie zmieniły).
Wielka sanacja Europy i własnego kraju przez eksperta w dużej mierze pozostała w sferze marzeń. Macronowi najlepiej wychodziły przemówienia rocznicowe. Globalna pozycja Francji spada o kolejne oczka w rankingach znaczenia. Zadłużenie osłabia możliwości działania w praktyce.
Utrata prestiżu w Afryce jest faktem (do którego dodatkowo swoje trzy grosze dorzuciła Rosja). Dopiero na tym tle, zresztą jedynie naszkicowanym, można ocenić pomysły budowania potęgi Europy za pomocą wspólnego zadłużenia.
Nowa epoka
A przecież z polskiego punktu widzenia owo budowanie europejskiego systemu bezpieczeństwa to znacznie lepszy pomysł niż liczenie na bilateralne sojusze czy na własne siły.
O ich granicach przekonaliśmy się dopiero co. Właśnie sprzedany został Amerykanom nasz czempion "InPost" (to pouczająca lekcja, która, do pewnego stopnia przypomina sprzedawanie zdolnych zawodników piłkarskich i możliwości polskich klubów piłkarskich).
Zatem wspólne inwestowanie w transformację ekologiczną, sztuczną inteligencję i technologię kwantową wydaje się rozsądnym pomysłem. Jednak to, KTO i KIEDY zachwala takie rozwiązania, także ma znaczenie. Właśnie dlatego francuskie propozycje w 2026 roku nie brzmią wiarygodnie, skoro za chwilę władzę może przejąć tam skrajna prawica.
Jeśli euroobligacje mają być fundamentem Europy-potęgi, muszą wynikać z siły, wiarygodności i stabilności projektu, a nie z desperacji i końca czyjejś kadencji. Inaczej będą tylko kolejnym eleganckim słowem przykrywającym polityczną niemoc.
I właśnie dlatego Polska powinna być w czołówce krajów, które samodzielnie proponują europejskie inicjatywy rozwoju. Nie ma co czekać z założonymi rękami. Ani zgadzać się ślepo na zadłużanie Unii Europejskiej.
Jarosław Kuisz
















