I pewnie dlatego opinią publiczną aż tak nie wstrząsnęła szarpanina związana z przejmowaniem Akademii Wymiaru Sprawiedliwości związanej ze środowiskami Ordo Iuris i Suwerennej Polski. Doszło tu do odwołania rektora przez ministra Waldemara Żurka i podważenia legalności tej decyzji przez zwolenników poprzedniego rektora.
Do nadzwyczajnych sytuacji przywykliśmy za sprawą pandemii, a potem wojny za granicą. Do tego oglądaliśmy brutalne i nieraz brutalnie tłumione protesty w USA, a także widzieliśmy, że wykonywanie prawa, tak jak się je rozumie, nie jest tylko wpadką ówczesnego szefa polskiej opozycji, a na nowo regułą w stosunkach międzynarodowych, ale też wewnętrznych. Źle by jednak było, gdybyśmy uznali ten stan rzeczy za normalny.
Co może pójść nie tak?
Schemat znany. Po zwycięstwie ekipy Donalda Tuska okazało się, nie po raz pierwszy w polskiej historii, że część instytucji jest w rękach jego przeciwników lub poza zasięgiem jego władzy. By je przejąć, trzeba też przejąć urząd prezydenta lub czasem odczekać na koniec kadencji. Instytucje w opinii nowego układu kluczowe, jak TVP i Prokuraturę Krajową, przejęto gwałtownie i w sposób wysoce dyskusyjny pod kątem prawnym.
Później ekipa rządząca postanowiła dokończyć przejmowanie już po wygranych wyborach prezydenckich. Uwzględniając wynik wyborów samorządowych i europarlamentarnych, rządzący śmiało mogli stwierdzić "co może pójść nie tak?". A jednak poszło. Karol Nawrocki i jego twardy styl sprawiają, że dziś nawet część twardego komentariatu prorządowego wyraża tęsknotę za Andrzejem Dudą.
Ale też twardość tej prezydentury i perspektywa, że może ona mocno pomóc prawicy w wyborach za rok, sprawiają, że ekipie Tuska zaczęło się palić do przejmowania instytucji. W styczniu tego roku doszło do wejścia do Krajowej Rady Sądownictwa i między innymi rozwiercania szafek, w których wedle pogłosek miały być gromadzone kompromaty wymierzone we władzę.
Za sprawą ochrony międzynarodowych instytucji finansowych perspektywa wyprowadzenia Adama Glapińskiego z NBP przez "silnych ludzi" jest mało realistyczna.
Z kolei Akademia Wymiaru Sprawiedliwości, gdzie okopali się "ziobryści", to sprawa nieco poboczna, ale niepozbawiona wagi. Uczelnia kształciła między innymi pod kątem przyszłych aplikacji prokuratorskich, więc jest to i kolejna odsłona walki o tę instytucję.
Ale to walka o Trybunał Konstytucyjny, instytucję przez lata nieprzyciągającą wielkiej uwagi, ma znowu stać się Bitwą o Helmowy Jar Tuska i Nawrockiego. Bitwą o wszystko albo symbolizującą walkę o wszystko.
Trybunał Konstytucyjny. Gracze i kibice
Prawica dostała prezent w postaci nominacji do TK Macieja Berka, prawnie bardziej niż dyskusyjnej. Eskalacja wokół samej osoby Bogdana Święczkowskiego pozwala Donaldowi Tuskowi przewektorować uwagę na ten temat. Ale też skupić uwagę na walce prezydent-premier, pokazującej całemu otoczeniu, także swoim, że to dwóch hegemonów dzisiejszej polityki.
Dochodzą sprawy poważniejsze. Ograniczenie możliwości działania prezydenta lub rządu, zależnie od tego, kto w niesławnej warszawskiej Alei Szucha, gdzie dziś mieści się Trybunał, będzie rządził. No i w końcu ewentualne przygotowanie się przez dzisiejszą opcję rządzącą na rządy przeciwnika. Wówczas opozycyjny TK i jego ignorowanie lub nieuznawanie przez władze może być pretekstem dla instytucji europejskich do połajanek i nakładania na Polskę rozmaitych kar.
Problem w tym, że w walce tej pękają kolejne elementy podtrzymujące coraz słabszą konstrukcję praworządności i demokracji. Siłowe przejmowanie instytucji publicznych, uczelni czy redakcji, na bazie niespotykanych wcześniej interpretacji prawnych, nie jest typowym przejawem wpisywania się w porządek konstytucyjny.
Sprawy te niepokoją tych, którzy są zaangażowani w spór, czyli graczy i kibiców politycznych i niepokoją ich tylko w tym zakresie, w którym ich strona przegrywa. Mamy co prawda do czynienia z pewnym postępem. W sprawie nominacji Macieja Berka protestowały środowiska na ogół mierzące swoją krytykę w stronę prawicy, jak choćby Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Przed siłowymi rozwiązaniami sporu o TK ostrzegał prawnik Jerzy Stepień, były szef TK, z reguły mocno wspierający działania tak zwanego "obozu demokratycznego". Mieli interweniować i inni prominentni prawnicy.
Bilet w jedną stronę
Istotne jest jednak to, że fizyczne walki i siłowe rozwiązywanie tego rodzaju sporów zostało w gruncie rzeczy szybko zaakceptowane przez większość elit i szerokie społeczeństwo. Elity, w większości sprzyjające obecnej władzy, są gotowe aktywizować się przeciwko domniemanym, rzekomym lub prawdziwym naruszeniom, których dokonują ich przeciwnicy polityczni.
Jest to myślenie czysto plemienne, a także oznaka tego, że mentalnie nasza polityczna, medialna i ekonomiczna oligarchia jest gotowa do szybkiej rezygnacji z demokracji pod warunkiem, że "rządzić będą nasi".
W przypadku szerokich mas społecznych, często bardziej konserwatywnych, tych, które wybrały ostatecznie Karola Nawrockiego na prezydenta, sprawa jest dość skomplikowana i abstrakcyjna. Niestety powoduje to coraz większą pokusę ze strony rządzących, by sięgać po metody siłowe. A także przekonanie, że władzy nie można oddać za żadną cenę, bo druga strona pójdzie jeszcze dalej.
Wiktor Świetlik















