W tę tak zwaną krwawą niedzielę doszło do ukraińskiego ataku na wołyńskich Polaków w kilkudziesięciu miejscowościach równocześnie. Napadano i zabijano między innymi ludzi zgromadzonych w kościołach - taką scenę oglądamy w filmie "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego.
"Nie neguję tego, że UPA walczyła o niepodległość Ukrainy. Nie neguję, że walczyła dzielnie i odważnie z władzą sowiecką. Ale masowych zbrodni nie można usprawiedliwić" - powiedział polski historyk prof. Grzegorz Motyka. Od tego cytatu zaczynam tekst, bo prawda o rzezi wołyńskiej znalazła się pod ostrzałem.
Czym była ta zbrodnia?
Ma z nią problem garstka polskich ukrainofilów, kierujących się wiarą w porozumienie z tym narodem, a czasem ojkofobią czy niechęcią do polskiej prawicy, która miała ich zdaniem ten konflikt rozdmuchać.
Klasykiem jest tu mój pierwszy, sprzed 35 lat, redaktor naczelny w "Życiu Warszawy" Kazimierz Wóycicki, prowadzący własną kampanię wybielania. Posunął się on do ataków na prof. Motykę, z pewnością nie prawicowca, za to rzetelnego badacza tamtych zdarzeń.
Wrogiem staje się dla takich ludzi nawet większość obecnego obozu rządowego, skoro Motyka zdaniem Wóycickiego kieruje się oportunizmem jako podległy rządowi dyrektor Wojskowego Biura Historycznego.
Argumenty tego wąziutkiego lobby są mieszanką łagodzenia ocen dotyczących samej Ukraińskiej Armii Powstańczej, twierdzeń, że po polskiej stronie zdarzały się "podobne zbrodnie", i lamentów nad tym, co tracimy dzisiaj w relacjach z Ukrainą. Tymczasem mówmy dobitnie: Polacy nie mieli formacji wojskowej stawiającej sobie za cel totalną czystkę etniczną na jakimś terenie. Tamci ją planowali, są dokumenty, rozkazy.
Z kolei masakry dokonywane na tamtych terenach przez polskich partyzantów na ukraińskich cywilach były jednak odwetem. Co najważniejsze zaś, spór nie toczy się o jakieś abstrakcyjne żądania, aby Ukraińcy przepraszali. Tego żądała część prawicy, ale chyba nie większość Polaków.
Mamy za to krytyczną polską reakcję na oficjalny kult autorów zbrodni, często wcześniej kolaborujących z III Rzeszą. Możliwe, że nałożyło się na to zmęczenie wspieraniem Ukraińców czy ich masową obecnością w Polsce, także napięcia gospodarcze. Ale to prezydent Zełenski wybrał pole sporu.
Polskich ukrainofilów nie powstrzymuje nic, nawet rezolucja Parlamentu Europejskiego (choć Unia bywa dla nich w innych kwestiach wyrocznią). W uchwale uznano decyzję Zełenskiego o nadaniu jednostce wojskowej imienia "bohaterów UPA" za nieprzyjazną Polsce prowokację.
To zresztą zapowiedź tego, co może stać się w przyszłości. Uwagi braci Kaczyńskich: "do Unii z Banderą nie wejdziecie", mogą się zmaterializować. Chorwacja musiała porzucić pokusy kultu swoich Ustaszy, współpracujących z Niemcami i popełniających zbrodnie. Na tym tle żądania Adama Michnika, aby spojrzeć na rzeź wołyńską okularami Ukraińców, mogą się stać całkiem anachroniczne.
Ale mamy też atak samych Ukraińców. Wcześniej przeważnie unikali tematu, a większość ich historyków przedstawiała zdarzenia na Wołyniu jako ciąg krwawych, ale wzajemnych krzywd.
Teraz zdarza nam się czytać w necie pochwały "likwidowania polskich kolonizatorów". Tymczasem ofiarami byli przeważnie chłopi o polskiej świadomości narodowej, będący pozostałością komplikacji etnicznych na tamtych ziemiach, jeśli przez kogoś polonizowanych, to przez szlachtę ruskiego pochodzenia.
Za "kolonizatorów" można by ostatecznie uznać rodziny wojskowych osadników z międzywojnia, skądinąd też zwykłych ludzi, na pewno nie zasługujących na okrutną eksterminację. Ale była to znikoma mniejszość pomordowanych.
Owszem, stosunek może nie tyle do samej rzezi, co do jej współczesnego znaczenia, ewoluował. Niedawno Igor Zalewski pytał mnie w Kanale Zero, czy nie należało żądać od Ukraińców ustępstw w sprawach historycznych wcześniej, kiedy nie byli jeszcze tak bardzo przywiązani do tradycji UPA.
Może i tak, ale my sami, poza środowiskami kresowymi, nie czuliśmy wagi tematu. Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski był wołającym na puszczy. W PRL i władza, i opozycja tej tematyki nie eksponowały, ona była poza zasadniczym podziałem: za Rosją czy przeciw niej.
Moje spotkania z Wołyniem
Pamiętam, jak zaproszono mnie w roku 2014 do TVP kontrolowanej przez ekipę Tuska. Dyskusja toczyła się wokół uchwały sejmowej upamiętniającej rzeź wołyńską. PiS domagał się uznania jej za ludobójstwo, PO się opierała (później zmieniła zdanie).
Uznano mnie z urzędu za sojusznika księdza Isakowicza-Zaleskiego. Broniłem formułki "ludobójstwa", wbrew liberalnym dziennikarzom i wbrew amerykańskiemu historykowi Timothy'emu Snyderowi. Za łatwo im przychodziły wyroki, nie ukrywali, że bardziej chodzi o relacje z Ukrainą współczesną i o odpór dawany prawicy, że niby za bardzo jest zapatrzona w historię.
Ale miałem też wątpliwości wobec własnego stanowiska. Byłem przywiązany do tradycji Jerzego Giedroycia, który w czasach komunizmu nawoływał aby pojednać się z Ukrainą, nawet ponad morzem krwi, w imię idei prometejskich, nakazujących szukać sojuszników przeciw Rosji.
Nawet Jarosław i zwłaszcza Lech Kaczyńscy postawili na kontynuację takiego myślenia, stąd choćby ich wsparcie dla pomarańczowej rewolucji, wbrew polskim nacjonalistom.
Przełom w spojrzeniu na wagę rzezi wołyńskiej przyniósł u mnie film Smarzowskiego z roku 2017. Pokazuje to siłę popkultury. Film nie był w żadnej mierze "nacjonalistyczny". Pokazywał i dawne krzywdy Ukraińców od polskiego państwa, i tych przedstawicieli tego narodu, którzy jednak pomagali Polakom, i krwawe odwety polskich partyzantów po rzezi.
Kataklizm umieścił Smarzowski w szerszym tle: totalitaryzmów przetaczających się przez Wołyń. Ale malował grozę losów zwykłych ludzi zabijanych z wyjątkowym okrucieństwem, bo mieli taką a nie inną tożsamość. Znamienne: zakazano jego dystrybucji w Ukrainie.
To utwierdziło mnie w przekonaniu, że jesteśmy coś tym ludziom winni, choćby ekshumacje i upamiętnienie. Jeszcze mocniej utwierdziła mnie w tym internetowa polemika z fanatycznym zwolennikiem opcji proukraińskiej.
Dowodził on, że nie ma co tych ofiar upamiętniać, bo to przecież "tylko chłopi". To pewnie jeden z powodów wcześniejszej marginalizacji wołyńskiego mitu. Polecam ten paradoks zwolennikom "ludowej historii Polski", którzy tego ludu akurat bronić nie chcą.
Zarazem wciąż daleko mi było do "kresowiaków" posuwających się do flirtów z Rosją. Sam byłem nadal w wymiarze współczesnym "proukraiński", rozumiałem zwłokę w stawianiu historycznych ultimatów. Więcej, staram się być taki nadal, choć widzę, że po tamtej stronie wątłe skłonności do pojednania z czasów rządów Poroszenki, który coś w rodzaju przeprosin sformułował, stają się coraz bardziej nieaktualne.
Młode nacjonalizmy bywają najdrapieżniejsze. W kraju toczącym wojnę w szczególności.
Nie wiem, czy okopanie się Ukrainy dzisiejszej na pozycjach obrony OUN-UPA to zbiór odruchów, funkcja polityki wewnętrznej, czy nawet, jak twierdzą niektórzy, narzędzie rywalizacji z dzisiejszą Polską. Chyba zawodne, zważywszy na stanowisko Europy. Choć spiskujący z Zełenskim Niemcy mogą używać takich awantur do skłócania naszych narodów. Rosja też.
Szczególnie piękną postacią jest dla mnie Zygmunt Rumel, poeta który próbował w przeddzień "krwawej niedzieli" negocjować z UPA w imieniu AK i został w okrutny sposób zamordowany. W filmie Smarzowskiego grał go Filip Pławiak.
Niemądry recenzent "Wyborczej" uznał tę postać za przykład niemal słusznie ukaranej tromtadracji AK-owskiego oficerka. Tymczasem Rumel to ludowiec i już przed wojną zwolennik polsko-ukraińskiego pojednania. Wierzył, że uda mu się, nawet po rozpoczęciu mordów, je osiągnąć.
Takie wspomnienia trochę leczą z nadziei. Dziś uważam, że zjednoczenie wokół polskich żądań upamiętnienia ofiar i odrzucenia tradycji nacjonalistów flirtujących z nazistami jest pożądane. Padają porównania z upamiętnianą 10 lipca masakrą w Jedwabnem. Ale pomińmy już skale obu zdarzeń czy kwestię niemieckiej inspiracji. Przede wszystkim w Polsce nikt mordercom z Jedwabnego pomników nie stawia.
Zarazem uważam, że sprowadzenie polsko-ukraińskiej polityki tylko do tematu Wołynia to podejście zbyt totalne. Nadal wierzę w pojednanie, ale nie ma co go sztucznie przyśpieszać. No i jak widzę "patriotów" nachodzących w Poznaniu jakąś ukraińską firmę w poszukiwaniu "kultu Bandery", nie żałuję, gdy ich zgarnia polska policja.
Piotr Zaremba
















