W roku 2025 Polska nie jest już krajem suwerennym. Niestety
Czy formalnie niepodległa Polska jest dziś faktycznie suwerennym krajem? Skłamałbym, przekonując was, że tak.

Kilka dni temu premier Donald Tusk ogłosił wielki sukces Polski. Wejście w życie systemu ETS2 zostanie - prawdopodobnie - przesunięte o rok.
Coś bardzo podobnego mieliśmy kilka tygodni wcześniej z paktem migracyjnym. Tu z kolei rząd pochwalił się tym, że w pierwszym roku funkcjonowania mechanizmu Polska nie będzie musiała płacić kar za nieprzyjęcie migrantów.
A skrajnie niekorzystna dla polskiego rolnictwa umowa handlowa z krajami Mercosur? Tam też dostaniemy możliwość bicia na alarm. Możliwości są - ma się rozumieć - teoretyczne, a odrzucenie przez nas skutków umowy w całości jest - oczywiście - "nienegocjowalne". I to musi nam wystarczyć.
Państwo niepodległe nie znaczy suwerenne
Ale czy rzeczywiście są to sukcesy dowodzące istnienia w jakichś resztek polskiej suwerenności w praktyce? A może jest raczej odwrotnie. Te PR-owskie "sukcesy" mają jedynie przykryć fakt, że wprowadzane (coraz częściej pozatraktatowo siłą brukselskiej administracji albo sędziów unijnych trybunałów) mechanizmy centralizacji Europy czynią z krajów takich jak Polska państwa de facto marionetkowe.
Niesuwerenne w takim sensie, że kluczowe dla milionów obywateli (i wyborców) decyzje zapadają nie w demokratycznie wybranym parlamencie przy Wiejskiej w Warszawie. Tylko gdzieś indziej, gdzie ani Polka i Polak prawa głosu już nie mają. A coraz częściej nie mają nawet - obiecywanego nam w czasie akcesji do UE - prawa weta lub wyłączenia się z reżimu decyzji uważanych przez większość polskich wyborców za niedobre dla Polski.
Takie państwa pozostają oczywiście niepodległe formalnie - flaga, hymn, reprezentacja piłkarska i te sprawy - ale de facto są klientami. Jakiś nadsuweren może im chwilowo ulżyć (opóźnić ETS2), pomóc albo zwolnić z jakiegoś przykrego obowiązku (pakt migracyjny). Ale to była, jest i będzie wyłącznie jego dobra wola. Przy pomocy takich uprawnień prawdziwy pan ustawia więc klienta, tak jak chce - odpowiednio machając mu przed nosem marchewką albo sięgając po schowany za pazuchę kij, gdy zajdzie taka przykra konieczność.
Jest w Polsce oczywiście niemała cześć opinii publicznej (politycy, komentariat, elity symboliczne), która uważa, że tak jest dobrze. Ich zdaniem procesy unijnej centralizacji są i słuszne, i konieczne.
Tu wjeżdża zazwyczaj cały zestaw powodów uzasadniających dlaczego: bo silna Unia to silna Polska, bo Zachód wciąż jest bogatszy, a my scalając się z nimi, także skorzystamy, bo przecież dzięki Unii tyle się w Polsce udało zmienić na lepsze. I tak dalej. Jedni myślą tak ze szczerego przekonania. Inni z pragmatyzmu. Jeszcze inni z mieszanki obu tych powodów.
Zachód gorszy niż kiedyś
Problem polega na tym, że jedni i drudzy nie są już w Polsce opcją większościową. Zapewne byli nią w okresie poprzedzającym akcesję do Unii. Albo i jeszcze pierwsze lata po niej. Ale to się zmieniło. I - jak śpiewał Karel Gott - to se (raczej) ne wrati. Także z powodu tego, co dzieje się wewnątrz samej Unii.
Bo Zachód to już nie jest tamten cud, do którego tęsknili nasi rodzice i dziadkowie w ciemnej nocy Polski Jaruzelskiej. Stagnacja gospodarcza, brak inwestycji, okrojone państwo opiekuńcze, niewyobrażalne z polskiej perspektywy problemy z bezpieczeństwem na ulicach miast, brud i niewywożone śmieci, głębokie podziały klasowe.
To nie jest żadna propaganda. To rzeczywistość, którą coraz więcej Polaków zna z pierwszej ręki, bo się po Europie kręcą. Co ważne - już nie jako ubogi krewny przeszczęśliwy, że pana Boga za nogi złapał. W naturalny sposób jest to oczywiście związane z polskim rozwojem ostatnich lat.
Jeszcze w 2004 relacja polskiego i niemieckiego PKB per capita to było 1 do 6. Dziś to bliżej 1 do 2. Jeszcze dekadę temu średnie polskie wynagrodzenie brutto stanowiło ok. 25 proc. niemieckiej średniej płacy. Dziś to ok. 40 proc. Wskaźniki obrazujące ten trend można oczywiście mnożyć.
Cena przychylności UE
Ale ostatnia dekada historii Polski to jeszcze jedno odkrycie. Polega ono na tym, że z suwerennością jest tak jak ze zdrowiem. Nikt się nie dowie, "jako smakuje, aż się zepsuje". Albo jeszcze inaczej. Problem z polską suwerennością nie był odczuwalny do roku 2015, ponieważ nasze ówczesne rządy (z małymi wyjątkami) z tejże suwerenności… nie korzystały.
To się zmieniło w ostatnich latach. Rząd Zjednoczonej Prawicy miał inne zdanie w wielu kwestiach dotyczących przyszłości Europy i próbował o tym mówić. O tym, że wymuszanie dekarbonizacji niszczy bezpieczeństwo energetyczne. O tym, że przyjmowanie milionów migrantów nie jest dobrym pomysłem. Albo że Rosja w końcu wykorzysta uzależnienie energetyczne, w jakie Europa wobec nich się wpakowała.
Tłumaczenie tego wszystkiego partnerom w Brukseli czy Berlinie było oczywiście ze strony PiS-owców szczytem politycznej naiwności i cielęcej wiary w projekt europejski oparty o ideały Schumana i innych. Podobnie miał parę lat wcześniej grecki minister finansów Janis Warufakis, który próbował przekonywać pozostałe kraje strefy euro do swoich racji przy pomocy merytorycznych argumentów. - Równie dobrze mógłbym śpiewać hymn Szwecji, na jedno by wyszło - mówił potem sfrustrowany.
Od dwóch lat mam w Polsce rząd, który w Brukseli podoba się zdecydowanie bardziej niż poprzedni. Nagle wiele znów stało się możliwe. Nagle te same (albo i gorsze) naginanie przepisów konstytucji, które za PiS-u czyniło z nas w Europie antydemokratycznego pariasa, w wykonaniu słusznych ministrów Adama Bodnara czy Waldemara Żurka jest praktyką normalną, demokratyczną i w pełni akceptowalną.
Rząd Tuska ma oczywiście w Brukseli krycie. Pytanie tylko, jaka jest tego cena. Patrząc, jak łykamy (jako państwo) kolejne duże projekty zawężające polską suwerenność (o których wspomniałem na początku), odpowiedź nasuwa się sama.
I cóż z tego, że ETS2 zostanie przesunięty o rok? W końcu wejdzie w życie. Cóż z tego, że w umowie Mercosur pojawią się szanse na zawieszenie importu wołowiny? To nie my będziemy podejmować decyzje o takim kroku i nie ma żadnej pewności, że zostanie ona podjęta z korzyścią dla polskich rolników. Cóż z tego, że Polska zostanie z łaski wyłączona na chwile z paktu migracyjnego? Tylko po to, by po ewentualnej zmianie władzy w Warszawie na nie taką, jak życzy sobie Bruksela, dołożyć nowemu rządowi takie kwoty, że się nie pozbiera.
Czy to jest suwerenność? Skłamałbym, przekonując was, że tak. A ja kłamać nie lubię.
Rafał Woś















