W Budapeszcie przegrali Trump i Putin, czyli najważniejsze lekcje z porażki Orbána
W Budapeszcie przegrał nie tylko Viktor Orbán, ale także Donald Trump i Władimir Putin. To rzadki moment, gdy wyborcy małego państwa odrzucają jednocześnie dwie wielkie narracje siły.

Ostatnim sukcesem premiera Viktora Orbána było przyciągnięcie uwagi świata. Od Waszyngtonu do Moskwy mówiono o wyborach odbywających się, jak by nie było, w bardzo małym kraju. W czasach, gdy ciągle opowiada się nam o odbudowie neoimperiów, to niemałe osiągnięcie. Właśnie dlatego warto zrozumieć, że na niedzielnym ogłoszeniu wyników sprawa węgierska się wcale nie kończy.
Globalny Budapeszt
Po pierwsze, w Budapeszcie przegrali Trump i Putin.
Żyjemy w dziwnych czasach, gdy Moskwa i Waszyngton mówią niemal to samo. Na pewno w przypadku Węgier panowała jednomyślność, albowiem węgierski koń trojański w Unii Europejskiej jawił się jako dobro jednocześnie bezcenne i tanie. Blokowanie sankcji przeciwko Rosji, ideologiczne granie na rzecz Trumpa, grożenie Brukseli wetami i tak dalej - jeśli ktoś nie lubił Unii Europejskiej, to na premiera Orbána można zawsze było liczyć.
W 2026 roku z grubsza: USA popierały Orbána w realu, zaś Rosja w wirtualu.
Do Budapesztu sunęły pielgrzymki nieliberalnych demokratów i innej maści politykierów. Z lenistwa zapewne nie ruszył się z domu Donald Trump. Wysłał wiceprezydenta. Trzeba być mocno oderwanym od realów, aby sądzić, że antypatyczny JD Vance mógł kogoś nad Dunajem przekonać do zmiany zdania. Jednocześnie trolle kremlowskie pracowały pełną parą. Niedawno podczas wyborów prezydenckich w Rumunii przecież pokazały swoją moc działania.
A jednak Węgrzy mieli dość traktowania ich jak boisko wielkich mocarstw. Paradoksalnie można powiedzieć, że: kto suwerennością wojuje, od suwerenności ginie. Tak w każdym razie stwierdzili wyborcy, którzy uznali, że premier przestał się nimi zajmować.
Granice przyzwoitości
Po drugie, to rzeczywistość pokazała nieliberalnej demokracji granice.
Dawno temu Orbán gruntownie zabetonował sferę medialną. W mediach państwowych i innych Fidesz produkował materiały bezwstydnie wychwalające własny rząd. W niczym nie ustępowano komunistycznej propagandzie. We własnych szeregach nie dostrzegano żadnej skazy. Nawet hasła polityczne były podobne do tych sprzed 1989, gdy na ulicach straszyła nas "Jedność z partią, jednością narodu".
Oczywiście, świat musiał być czarno-biały, zatem na przeciwnikach wieszano psy. Straszono wojną i Ukrainą. Widać następcom Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej wydawało się, że znów można słowami zaczarować rzeczywistość. A konkretnie: realia wysokiej inflacji, łapownictwa i słabnącej gospodarki, kolejek do lekarza i coraz krótszej długości życia.
Ostatecznie Orbán doprowadził Węgry do powrotu do gospodarki centralnie sterowanej korupcją. Schyłek rządów przypominał jako żywo ostatnie dni Jánosa Kádára. Ludzie podobnie jak kiedyś uodpornili się na propagandę starych mediów, tak w końcu uodpornili się na propagandę nowych mediów. Przestali ulegać produkcji słów. Po 16 latach u władzy zapewne dla nich największym zaskoczeniem było to, jak szybko i gładko Orbán z niej zrezygnował.
Optymizm dwóch prędkości
Po trzecie, Europa podzieliła się w reakcji na wyniki wyborów.
Gołym okiem widać, że reakcje na wynik wyborów są podzielone. Jeśli ktoś miał własnych orbanistów u władzy - jak my - wie, że rozmontowanie systemu po 16 latach to zadanie herkulesowe. W całym aparacie państwa poukrywane są nieliberalne miny.
Po pierwszym szoku w szeregach Fideszu przyjdzie wola obrony stanu posiadania. Akcje małego sabotażu obejmą wszystkie szczeble władzy. Wyrzuceni orbaniści szybko przystąpią do kontrataku. Brak doświadczenia politycznego w szeregach zwycięzców ułatwi to zadanie.
Czy to jednak oznacza, że nie było warto? Przeciwnie, zawsze warto przepędzić hipokrytów i łapówkarzy, którzy mają usta pełne patriotycznych frazesów.
I jeszcze jedno: podobnie jak w Polsce 2023 roku rekordowa frekwencja w wyborach nie była tylko wisienką na ustrojowym torcie. Ani miłym dodatkiem do głosowania. To był warunek przeżycia demokracji na Węgrzech. To kolejny paradoks naszych czasów. Oto przekonanie o kruchości demokracji zmusza nas do wyjścia z domów. Obawa przed najgorszym mobilizuje. I wtedy demokracja - ten ustrój w teorii słaby, okazuje się silny w praktyce.
Cóż, warto mieć w pamięci węgierską lekcję przed wyborami roku 2027 w Polsce.
Jarosław Kuisz















