Trudno wyobrazić sobie popularnego polityka, który nie jest choć w niewielkim stopniu narcyzem. To niewdzięczny zawód, gdzie bogate CV niczego nie gwarantuje, gdzie medialna obecność musi rekompensować kiepskie wynagrodzenie i niewdzięczne godziny pracy. Jak to ktoś kiedyś określił: "Polityka to show-biznes dla brzydkich ludzi". Jednak niczym nieskrywany narcyzm ośmiesza. Bo obnaża niewygodną prawdę: politykowi zwolennicy potrzebni są przede wszystkim do tego, żeby go podziwiali.
I tak mogliśmy od kilku lat podziwiać Szymona Hołownię.
Moment na ewakuację z tonącego okrętu może dla jego partii okazać się fatalny w skutkach - rzecz w tym, że Hołownia na nim i tak pozostanie, po, najprawdopodobniej, nieudanej próbie samotnej ucieczki szalupą. Rywalizacja o schedę już się zaczęła. Jak mawiał Kissinger o sporach toczonych w gronie profesorów politologii na Harvardzie: "im mniejsze stawki, tym walka bardziej zacięta".
Eklektyczną ideowo i osobowo Polskę 2050 łączyła przede wszystkim osoba założyciela. I - jak mówili złośliwi - to, że jej prominentni członkowie skłócili się ze swoimi poprzednimi partiami i środowiskami. Trudno znaleźć jakieś realne spoiwo tej formacji. Jej głównym atutem, w oczach głosujących, był fakt, że nie była Platformą Obywatelską. Choć trudno było się doszukać jakiś istotnych ideowych różnic pomiędzy tymi partiami.
Merytoryczna, choć niepopularna wewnątrz partii (dostała rekomendację na wicepremier zaledwie dwoma głosami klubu parlamentarnego) Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz wydaje się faworytką tej rywalizacji, choć kandydowania nie wyklucza również Paulina Henning-Kloska. A do walki włączył się również Ryszard Petru, outsider i weteran sygnowanych przez siebie partyjnych szyldów.
I to osoba tego ostatniego wzbudziła najwięcej emocji. Bo pamięta się mu "Maderę" i święto "sześciu króli". Bo jest wyrazisty w kwestiach gospodarczych. Bo jeśli chodzi o wiarę w siebie, może rywalizować z twórcą Polski 2050. Bo był moment, gdy wydawało się, że jego Nowoczesna może być następczynią PO, wówczas pod przywództwem Grzegorza Schetyny.
Czy Polska 2050 ma szansę odrodzić się pod panowaniem "króla Ryszarda"?
Platforma Obywatelska, która powoli staje się coraz bardziej zbędnym dodatkiem do mediów społecznościowych swojego przewodniczącego, zupełnie zatraciła ideowy kompas i społeczny słuch. Nawet w sprzyjających jej mediach coraz częściej pojawiają się głosy, że PO stara się przekonać do siebie (bezskutecznie) zagorzałych przeciwników, zapominając o zwolennikach. Że nie wiadomo za czym ta partia się opowiada, czego przykładem było samozaoranie w sprawie nocnej prohibicji w Warszawie.
W tych warunkach ktoś, kto będzie stawiał na jednoznaczny przekaz (jedyna sensowna strategia w erze social mediów), kto będzie miał opowieść dla progresywnej obyczajowo, aspirującej Polski ten może wygrać poparcie rosnącej rzeszy rozczarowanych partią Tuska wyborców.
Ale czy może to być partia, która popiera absurdalnie rozdęty i nierealistyczny projekt prezydencki w sprawie CPK, otwiera się w nowym oknie, "żeby na komisji wytknąć jego błędy"? Partia, która w każdej istotnej dla wyborców sprawie reprezentuje wszystkie możliwe punkty widzenia? Której przedstawiciele głosowali za drugą lekcją religii w szkołach? Założona przez konserwatywnego lidera, do niedawna w koalicji z tkwiącym w okopach św. Trójcy PSL-em? Wolne żarty.
Zbawicielem nie będzie też Petru, który nawet nie ukrywa, że przywództwo potrzebne jest mu głównie do podbicia własnych ratingów (jeszcze skuteczniej będzie mógł się potykać z Mentzenem), któremu skutecznie udało się splajtować pierwszą i ostatnią poważną alternatywę dla PO, jaką była (nie tak bardzo znów) Nowoczesna. Również w gospodarce i poglądach klasy średniej dokonał się postęp. Liczy się coraz bardziej jakość życia, work-life balance, a poglądy z lat 90., no cóż - przynależą do czasów dawno minionych.
Ktokolwiek wygra tę rywalizację, zostanie syndykiem masy upadłościowej, który będzie musiał przeprowadzić partię między Scyllą wewnętrznych podziałów i Charybdą wyborczego progu. Znaleźć przestrzeń do budowy własnego głosu i równocześnie wyrwać się z uścisku dominującej Platformy Obywatelskiej. Czy są w ogóle jacyś wyborcy Polski 2050 - już bez Hołowni na pokładzie? Z perspektywy roku 2025 ciężko stwierdzić, do czego Polska 2050 jest jeszcze komukolwiek potrzebna.
Choć nie, przepraszam, jest taki jeden. Donald Tusk. Który bez tej partii, a przynajmniej większości jej parlamentarnego klubu, nie będzie w stanie skleić rządu.
Ale nie jestem pewien, czy akurat ten argument okaże się dla osieroconych członków Polski 2050 wystarczający.
Leszek Jażdżewski















