Reklama

Reklama

Ty rosyjski agencie! Kto pracuje dla Putina?

Zmasowany lament opozycji wywołany konsekwencjami wojny zawiera w sobie czytelne, nawet jeśli brzmiące wbrew intencjom, przesłanie: Gdybyśmy się tak nie rzucali, nie stawiali tak mocno na sankcje, byłoby lepiej.

Eskalacja wojny przez Władimira Putina stała się faktem. I można do woli spekulować, czy nie oznacza to dla niego nowych kłopotów. Zamęt z uciekającymi poborowymi już je zwiastuje.

Owszem, oznacza to kłopoty, ale masy ludzkie, plus groźba użycia broni atomowej, są jednak nowym i istotnym czynnikiem. Powtarzałem już, że ogłaszanie szybkiego zwycięstwa Ukrainy, ulubione zajęcie wielu ekspertów, zwłaszcza ze stopniami generalskimi, jest mocno na wyrost. Wojna potrwa długo. Nie znamy jej logicznego końca, możemy być jeszcze nieraz ciężko zaskoczeni.

Propaganda, legendy

Tymczasem w Polsce nasila się inna wojna. Między partiami. Epitety dotyczące domniemanego wysługiwania się Rosjanom, formułka "ty rosyjski agencie", to wszystko pada raz za razem. Czyni to polskie życie publiczne nieznośnym, ale może mieć też realny wpływ na polską politykę wobec Ukrainy.

Reklama

Oskarżenia PiS wobec Donalda Tuska są propagandą, choć zawierającą ziarnka prawdy. Istotnie zabiegał o reset w relacjach z Rosją w latach 2007-2010, ale to się skończyło niedługo po katastrofie smoleńskiej. Ma na swoim koncie naiwne wypowiedzi, niemniej przedstawianie go jako konsekwentnego alianta Putina, to nieprawda.

Inną sprawą jest oczywiście odpowiedź Platformy. Opowieści o tym, że Tusk zabiegał konsekwentnie o zmianę polityki niemieckiej i europejskiej, zwłaszcza energetycznej, to z kolei dorabianie legendy.

Na tym tle PiS był istotnie bardziej konsekwentny - zdecydowała o tym akcja Lecha Kaczyńskiego w sprawie agresji na Gruzję w roku 2008, a potem Smoleńsk. Kaczyński zawsze byli instynktownie antyrosyjscy i o to oskarżała ich kiedyś Platforma i liberalny mainstream.

Czy dziś rządzący powinni się zajmować przyrządzaniem wymierzonych w Tuska spotów. Wiążą one jego rzekomą prorosyjskość z jego bliskością wobec Niemiec. Lider PO powiedział  już, że premier Morawiecki traci na to czas. Zdecydowanie wolałbym, aby wojnie za naszą granicą nie odpowiadała wojna wewnętrzna. To powinien być nakaz racji stanu.

Zabawa generałem Pytlem

Tyle że oburzającym się na tę propagandę przypomnę, że to politycy Platformy zaczęli zabawę w łączenie PiS z Putinem. Pewnie Kaczyński zaszedł przed wojną za daleko w eurosceptycznych flirtach z premierem Orbanem czy z Marine Le Pen. Ale próba grania na różnych fortepianach to jedno, wspólny koncert z Kremlem to coś innego.

Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Dostaliśmy w końcu wywiad generała Piotra Pytla dla "Gazety Wyborczej" z sugestiami, że premier Morawiecki i minister Dworczyk "mogą być" rosyjskimi agentami. Politycy PO odcinali się od tego tekstu bardzo słabo, Pytel doradzał niedawno Rafałowi Trzaskowskiemu. A Tusk teraz powołuje się na "prasowe doniesienia" dotyczące rosyjskich linków Zjednoczonej Prawicy. W internecie nobliwi inteligenci wierzą Pytlowi bez zastrzeżeń, bo nienawidzą Kaczyńskiego i jego ludzi.

Więc niech się Tusk potem nie dziwi, że odpowiedzią jest zmasowana kanonada. Ktoś powinien być mądrzejszy i to przerwać. Ale sama konstrukcja polskiej polityki nie premiuje mądrości. Trzeba atakować, atakować, atakować - do zdarcia głosu.

Wojowanie węglem

Jest zaś jeszcze coś ważniejszego. Opozycja na czele z Tuskiem domagała się wielkim głosem embargo na surowce energetyczne z Rosji. Sugerując, że Morawiecki jest zbyt ustępliwy, bo prorosyjski. Kiedy spełniono jej żądania, drugiego dnia zaczął się inny lament: że rosną ceny węgla i że go zabraknie. Trwa on do dziś.

Chcę być dobrze zrozumiany: opozycja ma prawo domagać się od rządu skuteczności w zapewnianiu obywatelom bezpieczeństwa życiowego. Ma prawo piętnować nieudolność. Tyle że polska opozycja przemawia tak, jakby wojny w ogóle nie było. Z jej okrzyków wynika, że trudności to tylko i wyłącznie wina rządzących.

Których zasypuje się dokładnie sprzecznymi żądaniami. Mają dać obywatelom jak najwięcej pieniędzy, żeby ich chronić przed zimą. I mają powstrzymać inflację. Jest między tymi żądaniami immanentna sprzeczność. A jednak nie tylko stawia się jedne i drugie, ale robi się to tonem najbardziej dramatycznym, jak tylko można. Bo poczuło się krew, bo wreszcie można pomyśleć serio o wygranych wyborach.

Patrzę na Donalda Tuska, kiedy przyjeżdża do Radomia, bo tam prąd kosztuje szczególnie dużo. Poza labiedzeniem: "Nie dają wam", nie przedstawia żadnej sensownej recepty na te rosnące ceny. Kiedy rządził, porównywał jałowych krytyków do impotentów, którzy mówią o czymś, czego sami nie potrafią. No właśnie...

Ale jest w tym coś gorszego. Nie kwestionuję antyputinowskiego zapału opozycji. Jej wielkomiejski elektorat jest antyrosyjski do bólu. Tyle że ten zmasowany lament zawiera w sobie czytelne, nawet jeśli przypadkowe, brzmiące wbrew intencjom, przesłanie: gdybyśmy się tak nie rzucali, nie stawiali tak mocno na sankcje, byłoby lepiej.

Taka jest konsekwencja tych permanentnych kampanii. Możliwe, że gdyby rządził Tusk, a Kaczyński uprawiał opozycję, role by się odwróciły. Ale dziś oceniam Tuska, a on nie uznaje żadnych granic demagogii.

Czy to może mieć konsekwencje? W Polsat News politolog prof. Rafał Chwedoruk sugerował, że elektorat PiS, biedniejszy i bardziej przestraszony zimą, może zmusić swoich liderów do mniejszego zaangażowania w popieraniu Ukrainy. Na razie nie widać żadnych symptomów takiej zmiany. Kaczyński z Dudą i Morawieckim są wierni swoim geopolitycznym przekonaniom. I może tak zostanie. Ale Tusk robi wszystko, żeby to zmienić.

Amerykanie robili inaczej

Gdyby liderzy Zjednoczonej Prawicy zawahali się w swojej postawie wobec wojny, gdyby im zapachniała droga Orbana, zapewne natychmiast byliby piętnowani za kapitulanctwo. "Potwierdziłyby się" wszelkie najdziksze podejrzenia. Nobliwi inteligenci wierzący na słowo Pytlowi nie umieliby powiązać przyczyny ze skutkiem.

Nie ma w tym krztyny wyczucia racji stanu. Właśnie wydałem swoją książkę, 5 tom historii USA, dziejący się w czasach II wojny światowej. Tam zdarzały się najostrzejsze starcia, a przecież elity polityczne zawsze wiedziały, w którym momencie się zatrzymać, jakich oskarżeń nie używać, w jakich sprawach zachować solidarność, nawet za cenę przegranych wyborów.

W roku 1944 republikanin Thomas Dewey kandydował przeciw Franklinowi Delano Rooseveltowi. Dowiedział się, że władza w Waszyngtonie dysponowała w roku 1941 roku japońskimi kodami, w związku z czym powstawało pytanie o niedostateczne zabezpieczenie się przed atakiem na Pearl Harbor.

Dewey chciał tego użyć w kampanii. Ale wojskowi przekonali go, aby tego nie robił. Bo przecież Japonia nie powinna wiedzieć, że Amerykanie są zdolni do złamania ich tajemnic. Nie użył tego. Przegrał wybory. Próbuję sobie wyobrazić Tuska w tej roli. I wiem, jaka byłaby różnica między nim i Deweyem.... 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy